Ogłoszenie

NOWY BLOG

Jest godzina szósta trzydzieści rano, niedziela, 23 stycznia 1977. W dniu swojego wesela, Petunia Evans pod pretekstem przygotowań wsiada w taksówkę, wysiada w Londynie i... postanawia pójść na spacer. Na nieludzko długi spacer. Prowadzona przez duchy przeszłości dochodzi aż do Charing Cross Road – nie spodziewa się nawet, kogo napotka na swojej drodze ani jakie będą tego konsekwencje.

środa, 12 sierpnia 2015

VII

A/N: Dziękuję wszystkim, którzy czytali. Muszę się Wam do czegoś przyznać. Ten fik jest taki nie bez powodu, ponieważ był moją formą odreagowania. Przeczuwałam to już od dłuższego czasu, ale mój przyjaciel wraca na odwyk, więc można powiedzieć, że były tu inspiracje dość życiowe. To był mój sposób bezpiecznego przelania wszystkich trudnych uczuć w coś nieszkodliwego, mam nadzieję, że nie wyszło – nawet jak na mnie – zbyt dziwnie. Hails!

Rozdział siódmy
I całe zło tego świata

Kociołek nie był w ogóle konieczny. Wystarczyły żaroodporne, metalowe naczynia i trochę cierpliwości. Moira krążyła z niepokojem po piwnicy, do której właśnie się włamali, oczekując lada chwila co najmniej tabunu policji, aurorów i trzech helikopterów śledczych.
Severus w końcu oderwał się na chwilę od trzech garnków i, Salazarze!, palników – na co mu przyszło, po czym postawił ją zdecydowanie przy jednej z mikstur i dał drewnianą łyżkę do ręki.
– Mieszaj – rozkazał. – Zgodnie z ruchem wskazówek zegara.
Usłuchała. Mając do czynienia z czymś laboratoryjnym w końcu się uspokoiła. Merlinowi dzięki, jej opanowanie było tu imperatywne. Severus sam do końca nie dowierzał, że naprawdę to robi, ale na tym etapie czy było to naprawdę istotne, ile grzechów będzie miał na koncie? Dementorzy i tak powitają go z otwartymi ramionami.

***

Nikt nie będzie bezkarnie szantażował Malfoya, dlatego widok Lucjusza w Salingerze, czytającego „Proroka Codziennego“ na jednym z białych, luksusowych kanap w lobby w ogóle Severusa nie zdziwił. Tym bardziej nie zdziwiło go, że Malfoy jakimś cudem zorientował się, że to on gdy tylko go zobaczył, a przecież zaklęcie maskujące było doskonałe. Lucjusz niemniej jednak jakimś Malfoyowym sposobem zwyczajnie wiedział. Odkaszlnął dyskretnie i wskazał czubkiem buta na salę restauracyjną, w której Marta Salinger doglądała interesu. W weekendy hotel nie mógł cierpieć na brak klientów, na sali były tłumy, czarodzieje w strojach za niebotyczne kwoty, które po dzisiejszym wieczorze wylądują w szafie na wieczny odpoczynek. Wokół krążyli kelnerzy z tacami pełnymi najdroższego szampana, a Severus zauważył swoją szansę.
Wszystko zostało zaplanowane co do sekundy od momentu, gdy Marta wzięła w dłoń wąski kieliszek i upiła pierwszy łyk. Moira podeszła sprężystym krokiem do recepcji i walnęła w dzwonek z takim impetem, że niemal zrzuciła go na podłogę, patrząc z daleka na swoją babcię z wymalowaną na twarzy furią godną co najmniej Oscara.
Severus dostał swój sygnał. Marta nie zwracała uwagi na nic poza zemstą, wszystko potoczyło się bardzo szybko. Ręka z fiolką nad kieliszkiem, wystarczyło kilka kropel, trucizna działa natychmiast. Z perspektywy czasu, tak naprawdę najtrudniejszym okazało się być w tym wszystkim tylko zdobycie liberii kelnera w jego rozmiarze.

***

Severus obracał w palcach długą, czarną różdżkę, od której aż buzowało magią, czuł to w całej ręce. To nie mogła być taka sobie zwykła różdżka, a skoro Ministerstwo nie mogło jej wykryć, to aż strach pomyśleć, co mogło być w rdzeniu. Powoli zapadał wieczór, zbliżał się wrzesień i noce robiły się nieco chłodniejsze. Oranżeria widoczna z balkonu, duma Narcyzy Malfoy, prezentowała w tym roku wyjątkowo piękne lilie tygrysie. Szkoda, że niedługo zwiędną. 
Severus popijał z Lucjuszem obrzydliwie drogi pożegnalny koniak, podczas gdy Narcyza krążyła po balkonie, a obcasy jej butów stukały miarowo w marmurową posadzkę.
– Wciąż nie mogę w to uwierzyć – powtarzała co jakiś czas, kręcąc głową.
Severus osobiście uważał, że jej jak nikomu innemu przydałby się koniak, ale sukcesywnie odmawiała.
Mon amour, usiądź wreszcie i przestań krążyć. – Lucjusz pociągnął Narcyzę na kanapę, zabrał jej z ręki niedopałek papierosa, po czym niedbałym ruchem wyrzucił go za balkon.
– I co teraz zrobisz? – zapytała Severusa nerwowo. – Pójdziesz do Dumbledore’a?
– Jak trwoga, to do Dumbledore’a? – zakpił Snape i pokręcił głową. – Nie.
– Naprawdę? Nie myślałeś o tym? Taki zdolny czarodziej jak ty mógłby… – Lucjusz uśmiechał się do swoich myśli.
– Nielegalny truciciel – wtrąciła Narcyza. – Nie sądzę, żeby mógł…
– Nonsens! – Pan domu machnął ręką i niemal czułym gestem odgarnął jej z twarzy kosmyk jasnych włosów. – Jak się bardzo chce, to wszystko można. – Z powrotem zwrócił się do Snape’a. – Znając tego starego dziwaka, jeszcze by ci zaproponował posadę. W końcu uratowałeś księżniczkę z wieży złej wiedźmy, poinformowałeś go o planach Mrocznego wobec Potterów i…
– Życie za życie nie spłaca żadnego długu – uznał ochryple Severus, dopijając drinka.
– Snape, nie bądź taki cholernie dramatyczny!
– Marny to ratunek, ona i tak nigdy się nie uwolni od własnej głowy – wtrąciła Narcyza, zgodnie z prawdą.
– Naprawdę, być może nie masz predyspozycji do przebywania wśród dzieci, ani ludzi w ogóle, skoro przy tym jesteśmy… – Malfoy wyraźnie nie słuchał nikogo poza sobą.
– Lucjuszu, jesteś dla mnie zbyt łaskawy. – Severus włożył w każde słowo tyle żółci, że cud, że jeszcze nie przeżarła mu języka.
– Mówię poważnie, nie myślałeś o tym, żeby zagrać kartą nawróconego grzesznika? – Lucjusz drążył temat, ignorując wcześniejszą uwagę.
Severus parsknął i zapalił ostatniego papierosa z paczki, kręcąc głową.
– I co jeszcze? Zacząć uczyć? Nie bądź absurdalny.





fin.