Ogłoszenie



Po wielu pertraktacjach z własnym sumieniem – powracam. Jeszcze bardziej zdeterminowana, by przywrócić do życia nie tylko wszystkich Śmierciojadów, ale, o zgrozo!, nadać im imiona, dorzucić niezależne osobowości i zdrową dawkę logicznego myślenia.

Nie wszyscy Ślizgoni to gumochłony intelektualne, tak jak nie wszyscy Gryfoni są do bólu czarno-biali.

Dobrze wiecie, czego się po mnie spodziewać i dobrze wiecie, że nigdy nie znikam na długo ;) Marzenia o własnych projektach zniknęły tak szybko, jak tylko Snape znów zastukał do moich drzwi i zarządził uzupełnienie kolejnego rozdziału swojej burzliwej historii. Pełna uwielbienia oczywiście się zgodziłam, ale nie byłabym Ślizgonką, gdybym nie dorzuciła też czegoś od siebie. Przygotujcie się na akcję, nowe postaci, krytyczne zmiany w historii, aurorskie pościgi, pojedynki, mroczne czasy, deptanie kanonu i całkowicie zbijające z tropu zwroty akcji.

Przesadzam?

Po tym jak wrzuciłam Severusa w otchłań czasoprzestrzeni śmiem twierdzić, że chyba nic bardziej kosmicznego nie wymyślę.

Przynajmniej na razie.

xoxo
Oleńska

sobota, 1 sierpnia 2015

III

Rozdział trzeci
Niestety, nie mogę się wytłumaczyć, ponieważ nie jestem teraz sobą 1

31 października 1981

Malfoyowie nigdy się nie spóźniali, ale równie rzadko byli gdzieś na czas. Być może to snobizm, być może próżność, ale tej nocy, gdy losy czarodziejskiego świata stanęły na szali, ta właśnie cecha rodowa uratowała Lucjuszowi skórę. To, oraz trzy tajemnicze kobiety, które ni stąd ni zowąd pojawiły się w jego gabinecie. Przyzwyczajony do nagłych wizyt, wezwań w środku nocy, szaleństwa w rodzinie… Cóż, Lucjusz był wprawiony w zachowaniu zimnej krwi. Trzy obce wiedźmy, które w dodatku przebiły się przez barierę ochronną rezydencji, nie było najdziwniejszym, co mogło się zdarzyć w taką noc jak dziś. Z tego co doszło do uszu Lucjusza, Snape wypełnił swoje zadanie, a jako członek Wewnętrznego Kręgu pan Malfoy senior był wtajemniczony w ambitne plany Czarnego Pana i dlatego właśnie spodziewał się, że dziś albo wszystko się zacznie, albo zakończy z wielkim hukiem. Był gotowy, by odpowiedzieć na wezwanie, właściwie już prawie wychodził, ale wtedy te trzy zaskoczyło go we własnym gabinecie – rażący brak dobrych manier. 
W zamyśleniu ścisnął gałkę swojej nieodłącznej laski i postanowił zachować pozory spokoju. Nawet Mroczny Znak nie piekł go tak natarczywie jak zwykle. Lucjusz spojrzał na trzy obce wiedźmy, pokiwał głową jak gdyby uznając, że tak właśnie ma być i wcale go to nie zaskoczyło, po czym podszedł powoli do okna gabinetu i otworzył je na oścież. Starał się zebrać myśli i sformułować jakkolwiek spójne zapytanie o powód ich wizyty, podczas gdy trzy wiedźmy milczały w napięciu. Coś wisiało w powietrzu. Czy przybyły go zabić? Nie, raczej nic by na to nie wskazywało, Czarny Pan był z niego ostatnio zadowolony, do tego Lucjusz Malfoy śmiał twierdzić, że znał większość śmierciożerców, a one nie wyglądały na opłaconych z góry asasynów. Choć może właśnie na tym polegała ich przewaga w kręgach zawodowych, kto wie… Mroczny Lord i ten jego podział na kasty, to był temat na całą osobną dyskusję.
Zawsze to Lucjusza zastanawiało: struktura popleczników Voldemorta i ich funkcje. Niektórzy wstępowali w szeregi z oczywistych względów: chcąc uszczknąć choć kawałek z jego potęgi. Zachować ją dla siebie. Ci nigdy nie robili zawrotnej kariery. Czarny Pan lubił też otaczać się ludźmi u władzy, ale oni z kolei byli zbyt tchórzliwi, by piąć się wyżej. Nie obchodziły ich zaszczyty Wewnętrznego Kręgu. W końcu byli też ci przebiegli, którzy umieli pogodzić dwa światy – Lucjusz zawsze stawiał tu siebie za idealny przykład. Oczywiście byli też ci, których Czarny Pan sekretnie uważał za swoich ulubieńców: ci, którzy nie mieli nic do stracenia i nie kłopotali się noszeniem masek, bo zwyczajnie nie musieli. Tkwili w tym dla przyjemności – tak jak jego zwariowana szwagierka.
Podczas służby Lucjusz nauczył się obcować z wielorakim elementem, dlatego w obecnej sytuacji postanowił nie zmieniać osobistej strategii. Odłożył spokojnie maskę na biurko i odchrząknął głośno, chcąc zaznaczyć, że żąda wyjaśnień tego najścia. Żadne nie nastąpiły, a on już fizycznie czuł potrzebę przerwania ciszy:
– W Malfoy Manor nie można się teleportować. – Czuł, że musi przynajmniej stwierdzić oczywiste fakty. Za otwartym oknem spokojnie i powoli prószył pierwszy śnieg, jak gdyby niezdecydowany czy nastała na niego pora, czy też jeszcze nie. Osobiście Lucjusz uznał spokój pogody za pewnego rodzaju nietakt, gdy w tym samym czasie sprawy państwa czarodziejskiego stały na ostrzu noża. 
– To naprawdę ostatni z twoich problemów, Lucjuszu Malfoy. – Przeraźliwie otyła wiedźma w czerni rozsiadła się bezceremonialnie za jego biurkiem, podczas gdy druga, obrzydliwie pomarszczona, zapaliła zapałkę o jego wspaniałą tapetę za sześćset galeonów i zaciągnęła się papierosem osadzonym na długiej fifce.
Malfoyowie nigdy się nie poddawali, ale równie rzadko walczyli z siłą potężniejszą od nich. Rzecz w tym, by umieć rozsądnie wybierać. Dlatego Lucjusz oparł się nieco na swojej lasce i zerknął na maskę śmierciożercy, która wciąż spokojnie spoczywała na biurku. Trzecia kobieta, w makijażu tak ostrym, że pan domu odruchowo wyobraził sobie pełną dezaprobaty twarz Narcyzy, przesunęła dłonią po masce, przymierzyła ją i z niesmakiem odłożyła na miejsce.
– Czym mogę służyć szanownym paniom? – zapytał w końcu.
– Jeszcze niczym. – Marta zerknęła na złoty zegarek, który wpijał się w jej nie najszczuplejszy nadgarstek. Minęło parę chwil, parę ładnych, długich minut podczas których  Lucjusz parę razy rozważył rzucenie na kobiety co najmniej kilku klątw. W końcu, sam nie wiedząc dlaczego, zrezygnował. Otyła kobieta zacmokała i machnęła pulchną dłonią na palącą wiedźmę. – Normo, już czas. 
Decima zgasiła papierosa na antycznym perskim dywanie świętej pamięci Serpentine Malfoy i wyciągnęła z połów szaty ogromny, żelazny klucz. Norma podała Marcie małą, czarną torebkę, z której otyła wiedźma wystudiowanym ruchem wyciągnęła czarne, drewniane pudełeczko wielkości kostki do gry. 
– Przybyłyśmy z bardzo hojną propozycją, Lucjuszu Malfoy – powiedziała Marta, gdy Norma schowała woreczek z powrotem w połach powłóczystej szaty. – Myślę, że będziesz chciał jej wysłuchać. 
– Dziękuję, obejdzie się. Spieszę się, panie wybaczą…
– Jestem pewna, że wiesz o przepowiedni? – Przerwała mu bezceremonialnie. Lucjusz zacisnął usta w wąską linię. Cholera. Więc jednak ktoś z Kręgu.
– Świetnie. – Marta błyskawicznie wyczytała wszystko z jego mowy ciała. – To zaoszczędzi nam wszystkim bezsensownego kłapania dziobem. – Wyciągnęła rękę w stronę ostro umalowanej wiedźmy, która podała jej czarną, długą, krzywą różdżkę. Marta stuknęła nią dwa razy o pudełeczko, które błyskawicznie rozrosło się do rozmiarów sporego kufra, zrzucając i gniotąc wszelkie ważne papiery i inne przedmioty na biurku pana domu. Lucjusz czujnie nie protestował. Odliczał w myślach ilość kroków dzielących go od okna. Decima wsadziła klucz w zamek, szczęknął mechanizm, a wieko odskoczyło efektownie, by ukazać stosy złotych galeonów. Część spadła na podłogę i potoczyła się z brzękiem po kątach. Lucjusz własnym oczom nie wierzył. Nikt nigdy nie próbował go kupić w tak oczywisty i barbarzyński sposób.
– Z całym szacunkiem, drogie panie, ale jeśli byłybyście tak łaskawe i rozejrzały się po moim skromnym domostwie… – stwierdził z przekąsem.
– Zerknij na swoje lewe przedramię – ucięła dyskusję Marta.
– Nie wiem o czym…
– Podciągnij ten przeklęty rękaw i przestań grać głupiego! – warknęła Norma i zatrzasnęła wieko skrzyni. 
Lucjusz ścisnął pewniej laskę i z ociąganiem podwinął rękaw czarnej szaty. Oczy rozszerzyły mu się ze zdumienia. To dlatego jeszcze niczego nie czuł, a musiał być już sporo spóźniony na zebranie. Niebywałe. Czyżby coś się w końcu zmieniło?
– Przypuszczam, że za jakiś czas odnajdą ciała w domu Potterów. Przynajmniej kilka – powiedziała Marta i przesunęła w pulchnych palcach różdżkę.
– Od jednego pana do drugiego, jak to mówią? – Lucjusz powoli zdjął z siebie czarną szatę śmierciożercy i odłożył na fotel. Skoro i tak się już nigdzie nie wybierał… Jeszcze nie wiedział, co o tym wszystkim myśleć. Śnieg za oknem padał coraz mocniej. Wiatr wyraźnie zmienił kierunek. Pytanie jeszcze tylko, w którą stronę tym razem mieli pójść Malfoyowie. 
– Nie bądź śmieszny, nie mamy nic wspólnego z twoim drogim Lordem.
– Ach nie? – Malfoy zacmokał cicho. – Przypuszczasz też, że trzy kobiety z jedną różdżką będą mogły mnie zaszantażować?
– Trzy kobiety z jedyną różdżką, której nie jest w stanie wykryć Ministerstwo? Tak, śmiem twierdzić, że tak. – Marta uśmiechnęła się w zamyśleniu, ale był to uśmiech tak paskudny, że Lucjusz szczerze by wolał, żeby tego nie robiła. – Nie stój jak ten kołek, Lucjuszu. Nalej nam drinka, nie jesteśmy zwierzętami! – Machnęła różdżką w stronę stojącego pod ścianą barku. Zaraz wyleciała z niego butelka Ognistej i cztery szklanki.  Decima złapała butelkę, a Norma niezdarnie przycisnęła do siebie szklanki zanim spadły na dywan. Lucjusz wydał z siebie stłumiony jęk, choć twarz pozostała spokojna i poważna. Rodowy kryształ jego ciotecznej babki!
– Dobry rocznik. – Wychudła wiedźma dmuchnęła z uznaniem papierosowym dymem. Jakość tytoniu była więcej niż wątpliwa. Lucjusz zasłonił nos rękawem. Trzy wiedźmy wzięły drinki w dłonie, czwarty został podsunięty w jego stronę.
– Nadal nie wiem, czego ode mnie chcecie – powiedział.
– Spodziewaj się, że aurorzy przejmą twoją skrytkę lada chwila, panie Malfoy – odparła Marta i łyknęła swojego drinka łapczywie. – Świat czarodziejski jaki dotąd znałeś właśnie przestał istnieć. Zostaniesz z niczym. O ile, oczywiście, będziesz tak głupi, by odrzucić naszą ofertę.
Lucjusz rozważył chwilę jej słowa. To mogła być prawda. I tak wszyscy go już podejrzewali o wszystko, nie siedział tylko dzięki swoim wpływom, które u podstawy wzmacniały rodowe galeony. Jeśli plany Czarnego Pana faktycznie się nie powiodły… Zerknął jeszcze raz na swoje przedramię. Na wielkiego Salazara, faktycznie coś musiało się stać.
– A jaka to oferta? – Wziął szklankę z biurka i wypił mały łyk, starając się być nonszalancki.
– Na pewno nie chcemy od ciebie niczego, czego już byś nie robił dla Voldemorta.
Lucjusz skrzywił się odruchowo na to imię, po czym kiwnął głową i wypił resztę. Kierunek wiatru ustalił się sam.
– Niech będzie – uznał. Nic nie mogło być dla Malfoya lepszą kartą przetargową niż wizja ubóstwa.
– Wspaniale. – Marta wstała zza biurka, Decima wrzuciła papierosa do nietkniętej whisky, a Norma zebrała brakujące galeony z podłogi i wsadziła do skrzyni. Wiedźmy w spokoju ruszyły do drzwi gabinetu, podczas gdy Lucjusz wciąż rozważał swoje szanse na szybkie rzucenie  trzech Niewybaczalnych.
– I naprawdę sądzisz, że czymś się różnisz od Sama-Wiesz-Kogo? – krzyknął za nimi, gdy Marta już złapała za klamkę.
– O, mój drogi panie Malfoy, oczywiście, że nie. – Odwrócił się do nich, by zostać poczęstowany kolejnym upiornym uśmiechem. – Podium właśnie się zwolniło, a ja zamierzam je przejąć.

***

Lucjusz Malfoy miał plan. Nierozsądnym byłoby opróżnić dom ze wszystkich czarnomagicznych artefaktów.  Doskonale wiedział, czego aurorzy będą szukać, wiedział też, że będą go podejrzewać tylko bardziej jeśli niczego nie znajdą. Pozbył się bardzo dyskretnie najbardziej obciążających go dowodów, część zostanie odkryta przez aurorów w banku Gringotta, ale nie będzie to nic, co stwarzałoby możliwość wsadzenia go do Azkabanu. Odbędzie obowiązkowy areszt, ale dzięki pozyskanym tydzień temu pieniądzom trzech wiedźm nie dopuści do procesu. Będzie działał szybko i z dużym przebiciem gotówkowym. Pozwoli się wstępnie aresztować. Pozwoli im udokumentować to, co zostało z Mrocznego Znaku na jego lewym przedramieniu. Narcyza z dzieckiem dzień wcześniej błyskawicznie udała się do „sanatorium we Francji“, podczas gdy Lucjusz został i skoro świt przywitał aurorów i grupę inspektorów z Departamentu Tajemnic.
– Alastorze. – Uśmiechnął się złowieszczo, gdy starszy auror odczytywał nakaz aresztowania. Gdy zobaczył ten uśmiech, Moody przerwał w pół słowa i wymienił porozumiewawcze spojrzenia z resztą czarodziejów. Po raz pierwszy w swojej karierze Alastor poczuł, że robi się na to wszystko za stary. 
Wszystko rozgrywało się w tempie ekspresowym, zupełnie jakby Knot obmyślił całą strategię zawczasu. Nikt rozsądny go o to nie podejrzewał, wszyscy wiedzieli, że za większością rozsądnych planów stał Albus Dumbledore i jego Zakon Feniksa. To, co rozegrało się tej fatalnej nocy w domu Potterów było na ustach wszystkich jeszcze przez kilka tygodni. W tym czasie Wewnętrzny Krąg przestał istnieć, aresztowania były na porządku dziennym, świat czarodziejski powoli się odbudowywał. Wielu śmierciożerców zginęło, ale nie zanim zabrali ze sobą na drugą stronę jeszcze więcej dzielnych aurorów. Część szemranych postaci wymigała się od Azkabanu, część poszła siedzieć dobrowolnie, a niejaki Severus Snape najwyraźniej zapadł się pod ziemię.

***

Nie minęło wiele czasu, gdy Malfoy dostał od wiedźm pierwsze tajemnicze instrukcje. Jak dotąd rozporządzał rozsądnie ich gotówką i tylko się zastanawiał, do czego był im potrzebny. Szybko się przekonał, że przede wszystkim chodziło o jego czystokrwistą reputację i fakt, że Malfoya można było podejrzewać tylko o dyskretną korupcję – nigdy o szemrane interesy. 
Siedziba Grubymi Nićmi Szyte, sklepu Normy Jones z tkaninami różnego rodzaju, znajdowała się dokładnie u wylotu Ulicy Pokątnej, blisko Dziurawego Kotła i w sąsiedzkiej odległości od Ulicy Śmiertelnego Nokturnu. Żadna szanująca się krawcowa nie zapuściłaby się nigdy w tak podejrzane tereny, dlatego sklep większość sprzedaży prowadził wysyłkowo i bardzo dobrze na tym wychodził. Nikt w magicznym Londynie nie wątpił bowiem, że najlepsze materiały i nici najwyższego gatunku można kupić tylko u madame Jones. Właścicielka zaglądała tam rzadko, sklep był zamknięty częściej niż był otwarty, ale dzisiejszy dzień należał do wyjątków. Dziś siedziała za ladą pewna niezbyt rozgarnięta pomocnica, która nawet nie usłyszała dzwonka przy drzwiach. Lucjusz rozejrzał się po zakurzonym sklepie z dezaprobatą i postukał laską w skrzypiącą podłogę. Wewnątrz panował niemały bałagan, co chwila nad głową przelatywały mu sowy, gdzieś w kącie walały się niewykorzystane manekiny, a magiczny centymetr fruwał pod powiększonym zaklęciem wysokim sufitem. Sam sklep madame Jones z zewnątrz wydawał się malutki, ale wewnątrz był to lokal więcej niż rozsądnych wymiarów: dwupiętrowy, w staromodnym stylu, z antresolą, niezliczonymi regałami i drabinami, dzięki którym można się było dostać na najwyższe półki. Światło wpadało przez zakurzone, strzeliste okna przy suficie i wszędzie w sklepie unosił się zapach mocnej kawy. Na tyłach, jak domyślał się pan Malfoy, musiało być bardzo rozbudowane zaplecze, starannie jednak ukryte przed oczami osób nieupoważnionych. Nad ladą rozciągały się półki z nieskończonymi rzędami belek materiału, w oszklonej witrynie stały stosy różnokolorowych nici. Część towaru była lokalna, część ściągana nie wiadomo skąd, część importowana z najdalszych zakątków świata. Biznes z pewnością nie podupadał, księgi musiały być w porządku… Gdyby tu i ówdzie wpadł jakiś niespodziewany zarobek, na pewno łatwo byłoby go zataić przed skarbówką. Lucjusz był pod wrażeniem skrupulatności operacji. Cóż, wszystko było dopięte na ostatni guzik oprócz tego mało reprezentacyjnego brzydkiego kaczątka, które siedziało za ladą, z nosem w małej, niebieskiej książce.
– Dzień dobry. – Pan Malfoy postanowił zaznaczyć swoją obecność.
Kobieta podskoczyła, a książka wypadła jej z rąk i upadła na podłodze tuż przed  nim. Lucjusz trącił okładkę laską i uniósł brew.
– „Alicja w Krainie Czarów“? – Uśmiechnął się krzywo.
Kobieta pokiwała gorliwie głową. Przyjrzał jej się uważniej. Twarz nie robiła zniewalającego wrażenia, podobnie splątane, przedwcześnie siwiejące włosy i stary, rudy sweter. Jedyne, co mogło zwracać uwagę to długa blizna, która szpeciła jej szyję i kawałek ramienia.
– Tak. Przepraszam, czym mogę służyć? – zapytała szybko.
Ten akcent. Lucjusz uśmiechnął się jeszcze uprzejmiej. Wiedźmy pozwoliły mu, jak widać, dobijać targu z plebsem.
– Przyszedłem odebrać paczkę – powiedział powoli, zupełnie jak gdyby podejrzewał u niej niedorozwój.
– Tak, oczywiście. Nazwisko? – Odwróciła się na chwilę i to wystarczyło. Wysunął różdżkę z laski, świsnęło zaklęcie. Zajrzał w jej umysł wyjątkowo delikatnie, szybko odnalazł jej imię i lokalizację paczki, po którą przyszedł, ale poza tym umysł kobiety był kompletną pustką. Dziwne. Kim ona była? Zawahał się chwilę, a potem wypuścił ją spod działania zaklęcia.
– Co się tu odbywa, młoda damo? – zapytał miękko.
W jej wielkich oczach nie dostrzegł nawet cienia strachu. Widocznie nie takie rzeczy jej robiono.
– Sprzedajemy materiały i artykuły krawieckie, panie Malfoy – odparła, nieco nieprzytomnie. To zamglenie w jej spojrzeniu trochę go zastanowiło. 
– Skąd znasz moje nazwisko?
– Ciocia Norma powiedziała, że przyjdzie pan po paczkę. Towar przedniej jakości, pozwolę sobie powiedzieć… Sama pakowałam.
– Sama pakowałaś, powiadasz? – Uniósł podbródek, taksując ją surowym spojrzeniem – Czym jeszcze się zajmujesz?
– Nie wolno mi powiedzieć, panie Malfoy.
Znowu rzucił na nią Legilimens, kobieta jęknęła z bólu gdy tak brutalnie wdarł się do jej pamięci, ale nie udało mu się przedrzeć przez bariery, które ktoś założył tam wcześniej. Widocznie nieszczęsna niewolnica tych trzech raszpli nie tylko nie była panią swojego losu, ale też i własnego umysłu. I to już od bardzo dawna, bo najwcześniejsze wspomnienia były sprzed miesiąca.
– Jesteś bardzo uprzejma. – Opuścił różdżkę. – Odpowiednie tytułowanie klientów lepszych od siebie jest bardzo ważne w interesach, chérie. – Rozejrzał się z zainteresowaniem wokół, podczas gdy ona wyjęła spod lady jego paczkę, jak gdyby nigdy nic. – Szyjecie tu ubrania?
– Czasami. – Wpisała odbiór do księgi i podsunęła mu do podpisu.
– A… Co robicie z… Resztkami? Czemu tu tak leżą? – Malfoy wskazał na walające się po podłodze sznurki i ścinki.
– Ach. – Kobieta przymknęła z rozmarzeniem oczy. – Kilimy – skłamała.
– Kilimy?
– Tak. Takie na ścian-…
– Wiem, co to kilimy, dziecko. – Wartość tych w choćby jednym korytarzu zachodniego skrzydła Malfoy Manor z pewnością przekraczała wartość tego sklepu. Jakim cudem dziewczyna mogła kłamać z taką wprawą było niesłychane. Wyraźnie nie doceniał tych trzech staruch. Przydałoby się tu słynne serum prawdy Snape’a, ale gdzie on, na gacie Salazara, znajdzie teraz Snape’a? Podobno już dawno nie żył, a szkoda, bo w takim wypadku zabrał większość receptur do grobu. 
– Dobrze – uznał. – To wystarczy. – Złożył szybką parafkę w odpowiedniej rubryczce podsuniętej przez kobietę księgi. Wbił w nią potem czujne spojrzenie. – Nie możemy jednak pozwolić, żebyś chodziła po Pokątnej i rozpowiadała, że mnie widziałaś. To byłoby nierozsądne, a to z kolei – niedopuszczalne. – Zerknął w przypływie inspiracji na leżącą wciąż na podłodze „Alicję w Krainie Czarów“ i uśmiechnął się krzywo. – Nie ruszaj się, chérie! I raz i dwa! – Kobieta cofnęła się nieco pod ścianę, ale nie zdążyła nic powiedzieć, gdy trafiło ją kolejne zaklęcie. 

Chwilę później nieszczęsna obserwowała w szoku jak gigantyczny biały królik wychodzi ze sklepu z paczką, a jakby tego było mało – kłania jej się na do widzenia.


_______________________
 Lewis Carroll, „Alicja w Krainie Czarów“

2 komentarze:

  1. Witam.
    Katalog Potterowski (Wszystko co Potterowskie) zakończył swoją działalność z powodów osobistych właścicielki. Z jej prośby wszystkie blogi zostały przeniesione do Katalogu Euforia. Jeśli nie podoba Ci się ta zmiana, napisz u nas w zakładce "Pytania", abyśmy usunęli twój blog z KE.

    Prosimy o zmianę buttonu/linku!

    Pozdrawiam.
    Alexx

    OdpowiedzUsuń
  2. A już się bałam, że będzie o Huncwotach! No całe szczęście, że pozostałaś przy naszym ukochanym Severusie. Malfoy też jest cudnie zakopany w bagnie po uszy. Masz jakąś niesamowitą smykałkę do wszechwładnych wiedźm, co? I dobrze, nic nie zmieniaj.
    Czekam na więcej rozdziałów, więcej Severa i trochę brudnego romansu. Bo będzie taki, prawda?

    OdpowiedzUsuń