Ogłoszenie



Po wielu pertraktacjach z własnym sumieniem – powracam. Jeszcze bardziej zdeterminowana, by przywrócić do życia nie tylko wszystkich Śmierciojadów, ale, o zgrozo!, nadać im imiona, dorzucić niezależne osobowości i zdrową dawkę logicznego myślenia.

Nie wszyscy Ślizgoni to gumochłony intelektualne, tak jak nie wszyscy Gryfoni są do bólu czarno-biali.

Dobrze wiecie, czego się po mnie spodziewać i dobrze wiecie, że nigdy nie znikam na długo ;) Marzenia o własnych projektach zniknęły tak szybko, jak tylko Snape znów zastukał do moich drzwi i zarządził uzupełnienie kolejnego rozdziału swojej burzliwej historii. Pełna uwielbienia oczywiście się zgodziłam, ale nie byłabym Ślizgonką, gdybym nie dorzuciła też czegoś od siebie. Przygotujcie się na akcję, nowe postaci, krytyczne zmiany w historii, aurorskie pościgi, pojedynki, mroczne czasy, deptanie kanonu i całkowicie zbijające z tropu zwroty akcji.

Przesadzam?

Po tym jak wrzuciłam Severusa w otchłań czasoprzestrzeni śmiem twierdzić, że chyba nic bardziej kosmicznego nie wymyślę.

Przynajmniej na razie.

xoxo
Oleńska

wtorek, 28 lipca 2015

II

Rozdział drugi
Sąsiedzkie wizyty

Barman Tom zawsze wolał liczby parzyste. Dawały człowiekowi poczucie starego, dobrego, angielskiego ładu. Przyszedł jednak późny, duszny, sierpniowy wieczór, podczas którego wszechświat postanowił wpłynąć na upodobania Toma i przypomnieć mu, że nieszczęścia przecież zwykle chodzą parami, a jeźdźców apokalipsy też było czworo. Z tymi ostatnimi natychmiast skojarzyły mu się trzy starsze kobiety, wszystkie w czerni, które usadowiły się w najdalszym kącie obskurnego pubu. I choć były tylko trzy, wzbudziły w barmanie podskórny niepokój. Miał niezbite wrażenie, że już je gdzieś widział, tylko nie mógł sobie przypomnieć gdzie i kiedy.
Jedna z nich, o bardzo bujnych kształtach, co jakiś czas zerkała na złoty zegarek, który opinał nieestetycznie jej nadgarstek. Siedząca obok niej dama, odziana w powłóczyste szaty i umalowana tak ostro, że Tom wątpił by posiadała w domu lustro, wachlowała się co jakiś czas wachlarzem, równie mrocznym co jej ubrania. Kolejna, tak chuda, że wyglądała jakby miała lada chwila zemdleć, a jej żółtawa skóra całkowicie odpaść od kości, paliła papierosa za papierosem, rozglądając się z dezaprobatą dookoła. No nie! Tego było za wiele! Tom w swoim lokalu tolerował całkiem sporo, ale mogła przynajmniej nie rzucać niedopałków na podłogę! Podszedł do stolika i zerknął na trzy nietknięte kieliszki sherry.
– Szanowne panie… – zaczął, gdyż podświadomie czuł, że inaczej zwracać się do nich po prostu nie należy. W sekundę później zapamiętał sobie dobrze, że najlepiej było nie zwracać się do nich w ogóle. Wiedźmy jak na komendę rzuciły mu spojrzenia pod wpływem których pożałował, że się urodził. W ich oczach dostrzegł coś, czego nie potrafił sprecyzować, ale co sprawiło, że z podkulonym ogonem wrócił za bar, uznając, że takie jak te lepiej zostawić samym sobie. 
– Czy to rozsądne, żeby Moira spacerowała sama po Pokątnej? O tej porze? – odezwała się puszysta dama, kręcąc głową z tak energiczną dezaprobatą, że aż zatrząsł się jej podwójny podbródek. – Nie wiadomo jakie szumowiny mogą się tu kręcić.
– W kwestii Moiry martwiłabym się raczej o szumowiny – odparła znudzonym tonem ta z wachlarzem. – Jesteś pewna, że dałyśmy jej dostatecznie szczegółowe instrukcje? 
– Na Morganę, jak trudno jest trafić na Pokątną? Przecież nie jest kretynką!
– Nie. Tylko charłaczką. – Palaczka uśmiechnęła się jadowicie i strzepnęła popiół pod stół. Wsadziła nowego papierosa w długą fifkę, a ten zapalił się zaraz samoistnie. Zaciągnęła się dymem z lubością.
– Merlin jeden wie, że wszystko jest z nią możliwe. Modyfikowałyśmy jej pamięć tyle razy… – zaczęła znów mocno umalowana kobieta.
– Ciszej!
Kiedy Tom zwątpił już kompletnie w lepsze czasy, dobroć ludzkości i prędkość uregulowania rachunku za sherry, w drzwiach baru pojawiła się czwarta postać w czerni. Barman postanowił spokojnie policzyć do dziesięciu i zająć się drugim końcem baru. Obserwowanie poczynań tych kobiet nie wróżyło niczego dobrego. Czwarta usiadła tymczasem nieprzytomnie przy stoliku trzech wiedźm i zdjęła z głowy kaptur. Splątane włosy opadły jej w nieładzie na ramiona, a kaptur odsłonił długą, brzydką bliznę na szyi. Kobieta zdawała się mieć dość nikły kontakt z rzeczywistością.
– Gdzieś ty była! – wykrzyknęła ta otyła, stukając niecierpliwie długim paznokciem w tarczę zegarka.
– Jest jakaś nieobecna. – Palaczka pstryknęła parę razy palcami przed twarzą nowo przybyłej, ale ta nawet nie mrugnęła. Skierowała niewidzące spojrzenie na ostro umalowaną wiedźmę, a ta syknęła kilka razy i pokręciła głową.
– Siedzi w tym laboratorium całymi dniami i tak to się kończy!
– Nie sądzę. – Korpulentna dama zmrużyła nieufnie oczy i wyciągnęła z połów szaty czarną, długą różdżkę, nieco zakrzywioną na końcu. – Normo, jak leciało to zaklęcie?
– Och, daj mi to! – Norma odłożyła wachlarz, przejęła różdżkę i przytknęła ją do czoła nieprzytomnej kobiety, mamrocząc pod nosem inkantację. Po chwili jej wzrok przestał być tak zamglony. Potrząsnęła głową i przetarła oczy. 
– Ciociu Normo? – wymamrotała.
– No! Nareszcie. Decimo, daj dziewczynie papierosa. Co jej się stało?
– Ktoś grzebał jej w pamięci – oznajmiła Decima, po czym zgasiła dramatycznie papierosa na podłodze i dmuchnęła dymem w sufit, nie zamierzając się niczym dzielić.
– Bardzo bym chciała wiedzieć kto jest na tyle odważny – wycedziła Norma.
– Albo głupi – dodała ta puszysta i jednym haustem wypiła swoją cherry.

***

Najwięcej wysiłku wymagało od niego transmutowanie guzika w pomarańczę. Tępy ból pulsował mu w skroniach, mięsień udowy drgał niekontrolowanie i tylko widmo rychłej ulgi pchało go jeszcze do działania i jakkolwiek koherentnych myśli, które miały przekształcić martwy obiekt w żywy, organiczny owoc. W szufladzie kuchennej znalazł długie, zardzewiałe szydełko. To będzie musiało wystarczyć. Fajkę „pożyczył“ z mieszkania sąsiadki. Stuknął główką fajki kilka razy o podłogę i wysypał z niej resztki tytoniu. Położył na blacie małe zawiniątko z serwetki i przyjrzał mu się chwilę. Będzie musiał wymierzyć dawkę, ale prawa ręka drżała mu do tego stopnia, że ledwo trzymał w niej owoc, który przecież nie ważył zbyt wiele. Trudno. Najwyżej będzie miał halucynacje. Przekroił pomarańczę na pół. Cały miąższ wylądował w zlewie, a w pustej połówce wydrążył cztery dziurki. Włączył kuchenkę i, trzymając wydrążoną pomarańczę nad płomieniem, wysypał ostrożnie zawartość zawiniątka: czarna, słodka, kleista i lepka substancja. Surowe opium, mała czarna kulka, którą nadział na szydełko i zaczął umiejętnie przygotowywać do użytku. Delikatnie, jak artysta czy też raczej rzemieślnik. Na pewno szybko, bo ręka zaczęła mu drgać i kilka razy poparzył się o płomień. Trudno, może być niedokładnie. Wtłoczył gotowy produkt do fajki i dalej podgrzewał, tym razem nad zapałką. Potem zaciągnął się długo, bardzo długo. Tak długo, aż wszystko przed jego oczami stało się błękitno-szare. Liczył. I bardzo powoli wypuścił powietrze bufiastym kłębem. Opar nie gryzł w gardło, towar był nieprzeciętnej jakości i udało mu się nie przypalić niczego oprócz swoich palców. Bycie mistrzem eliksirów miało swoje zalety. Mugolka też była zdolna, musiał to przyznać. Zaciągnął się znów, tym razem z cichym sykiem.
Nie wiedział jak trafił do łóżka. Severus Snape czuł jak powoli nie czuje niczego. Obserwował sufit swojej obskurnej nory, z tą całą pleśnią i farbą odłażącą w rogu, i coraz mniej go to wszystko obchodziło, aż w końcu zaciągnął się fajką jeszcze raz, wypuścił z ust siwy dym i poczuł jak osiąga upragniony stan kompletnej obojętności. Dawka musiała być jednak zbyt duża, bo zamiast pobudzenia czuł jak zapada się coraz bardziej w łóżko, a jego ciało przechodziło w miękki, półpłynny stan. A może półstały? Ból zniknął, przynajmniej tyle, choć jego migrena zniknęła razem z głową, rwące skurcze w nodze też ustały, ale potem zniknęło jego łóżko, aż w końcu wszystko dookoła. Doprawdy, nocna wizyta u tej mugolki była najlepszym co mu się przytrafiło od dawna. Być może opróżnił jej pamięć trochę zbyt brutalnie, ale cel uświęca środki. Nie mógł pozwolić, by zapamiętała choćby ślad jego obecności w swoim mieszkaniu. On wisiał na krawędzi, a ona, sądząc po jej jakże ciekawych zajęciach dodatkowych, też miała swoje za uszami. Najlepiej byłoby, gdyby nikt nigdy nie skojarzył jej z jego osobą i vice versa. Istotnie – najlepiej. Ale czymże byłoby życie Severusa Snape’a bez ciągłych problemów, które lubiły wracać znienacka, by ugryźć go prosto w tyłek?
Drzwi do jego mieszkania zostały wyważone z hukiem, a on sam nawet nie zdążył się dobrze zorientować w sytuacji, gdy ciasne sznury oplotły jego ciało. Szarpnął się odruchowo, ale na niewiele się to zdało. Nad jego łóżkiem stanęły trzy wiedźmy w czerni, z czego jedna nie odessała się ani na chwilę od papierosa gdy wyczarowywała w jego ustach solidny knebel. Jak zdołały się przedrzeć przez wszystkie skomplikowane zabezpieczenia czarnomagiczne powinno go w tej chwili mocno zastanowić, ale jego umysł zaczął krążyć gdzieś bardzo daleko. Zdecydowanie powinien był lepiej wymierzyć dawkę.
– Nieźle sobie poczynasz z moją własnością, chłopcze! – Okropnie otyła czarownica zabrała koleżance różdżkę i dźgnęła Snape’a w długi nos. Próbował odzyskać kontrolę nad ciałem, ale było to bezcelowe. Jego umysł dryfował w przestrzeni, którą najlepiej dałoby się opisać tylko jako przedzieranie się z wielkim wysiłkiem przez płynny jedwab. Odpłynął zdecydowanie zbyt daleko od obskurnej czynszówki na Whitechapel.
– Nie tylko twoją, Marto! Pamiętaj, że miałyśmy się dzielić zyskami – wtrąciła się Norma, wyjmując wachlarz z małej torebki. – Wszechpotężna Hekate, co to znowu za dziura?
– Nie mówiłam o towarze, ty stara ropucho! Ten tu myśli, że jest sprytny i może sobie grzebać w głowie naszej dziewczyny! – warknęła Marta i dźgnęła Snape’a różdżką w mostek. – Czyż nie tak? 
– Marto, on jest nieprzytomny. Grożenie mu tą różdżką będzie wysoce nieefektywne.
– Masz rację. – Korpulentna dama wyprostowała się i zerknęła na zegarek, a potem na Moirę, która mocowała się z leżącymi na podłodze drzwiami. – Słodka Morgano, dziewczyno! Zostawże to! – Machnęła różdżką, a drzwi świsnęły w stronę framugi. – Naprawdę nie wiem czemu nie mogłyśmy wybrać jakiejś mądrzejszej.
– To twoja wnuczka, mnie nie pytaj – wtrąciła Decima, strzepując popiół na dywan i zostawiając w nim małą dziurę. Biorąc jednak pod uwagę jego ogólny stan i stopień brudu, trudno było stwierdzić czy jakakolwiek szkoda w ogóle zaistniała.
– Nie musisz mi przypominać.
– I skąd jej się wziął ten paskudny akcent?
– Po matce, niewątpliwie. – Marta znowu zerknęła na zegarek. – No i gdzie jest ten patafian? Powinien już tu być.
Chwilę później rozległo się szybkie pukanie, zupełnie jakby „ten patafian“ tylko czekał za drzwiami na sygnał. Rozkojarzona Moira otworzyła drzwi gościowi, który w pośpiechu wszedł do środka i zamknął je za sobą, rozglądając się wokół z lekkim wahaniem. Kiedy tylko charłaczka zobaczyła jego twarz, krzyknęła przeraźliwie i wycofała się do pokoju.
– Merlinie! Za każdym razem to samo! Niech ktoś ją zamknie! – krzyknęła Decima.
Marta wyciągnęła różdżkę, świsnęło zaklęcie, a przerażona Moira złapała się za gardło. Nie wydobywał się z niego jednak żaden dźwięk. Po jej policzkach zaczęły spływać łzy bezsilności, wielkie jak grochy. Wycofała się tak daleko pod ścianę, że prawie na nią weszła.
Ma chérie, nic nie poradzę, że kobiety tak na mnie reagują. – Nieznajomy zdjął kapelusz, rękawiczki i płaszcz i podał je rozhisteryzowanej kobiecie, która przycisnęła do siebie przedmioty jak gdyby miały ją obronić przed złem tego świata i uciekła do łazienki.
– Lucjuszu, musiałeś rzucać na nią to zaklęcie? – Norma skrzywiła się nieznacznie, ale zaraz potem jej obficie upudrowana twarz oblała się szkarłatnym rumieńcem, gdy Malfoy senior złożył na jej dłoni pocałunek.
Ma chérie, nie mogę pozwolić, żeby to nieszczęsne kaczątko rozpoznało moją twarz, n'est-ce pas? – Przywitał się w ten sam sposób z pozostałymi dwiema wiedźmami, a na koniec zerknął na leżącego na łóżku Snape’a, który nadal przebywał gdzieś dawno, dawno temu w odległej galaktyce. Lucjusz zmarszczył brwi.
– A to dopiero ciekawe… – Nachylił się nad dawnym kolegą, nie dając nawet po sobie poznać, że go zna. Wciągnął szybko powietrze nosem, a potem wyprostował się gwałtownie, przymknął oczy i zasłonił usta rękawem. – Opium, moje panie? Dałyście mu opium? Nasze opium?
– Tam zaraz dałyśmy! – Norma pacnęła go wachlarzem w ramię i pstryknęła palcami przed oczami Snape’a. – Musiał złożyć Moirze sąsiedzką wizytę! Co z nim robimy? 
– To zwykły mugol! Szybka Avada załatwi sprawę. – Decima zakasała rękawy i przejęła od Marty różdżkę, ale Norma zaraz ją jej wyrwała. Lucjusz tymczasem podniósł z podłogi porzuconą połówkę pomarańczy i ściągnął usta, myśląc nad czymś intensywnie. Szczwany lis Snape. Przebiegły pasożyt. Zerknął na niego dyskretnie. Jego przeżycie było tak bardzo do przewidzenia. Nigdy nie dał wiary plotkom jakoby ktoś gdzieś kiedyś strzelił Snape’owi Avadą w plecy, i słusznie. To zwyczajnie byłoby zbyt proste.
– Przestań się stawiać, głupia! Ja to załatwię! – Decima znowu schwyciła różdżkę, ale Norma była czujna i znowu ją zabrała.
– Nie tak szybko – syknęła i wskazała podbródkiem zapyziałą kuchnię, oddzieloną od reszty pomieszczenia półścianką. – Tam!
– Nic nie widzę… – Decima dmuchnęła dymem, a Lucjusz kaszlnął lekko i pomachał dłonią przed swoją twarzą.
– Uch, ty stara lampucero! Kociołek! Jakbyś się na chwilę odessała od tej swojej fifki, to byś widziała! – Norma machnęła różdżką, bez wysiłku zdejmując Severusowe bariery magiczne i iluzje. – Kociołek. Sprzęt warzycielski. To nie żaden mugol! Na drzwiach też zastawił parę pułapek.
– Co za absolutne bagno – uznała zatem Decima i zgasiła niedopałek na nieszczęsnym dywanie. – Jeśli tu mieszka, to na pewno nie jest nikim ważnym. Do wora z nim i do Tamizy!
– Jeśli tu mieszka, to na pewno ma też ku temu lepszy powód niż cudny krajobraz za oknem! – warknęła Norma, machnąwszy ręką w stronę brudnej, żółtawej szyby. Widok rozpościerał się na zapuszczone podwórko z suchą trawą i zardzewiałą huśtawką.
– Lucjuszu – odezwała się w końcu milcząca dotąd Marta. Splotła ręce na obfitej piersi. – Coś taki zamyślony?
Malfoy uśmiechnął się wyjątkowo szeroko jak na możliwości swojej zwykle chłodnej i sztywnej mimiki.
Ma chérie, tak się zastanawiam…
– Niebywałe.
– Daj mi skończyć – zniecierpliwił się, ale jedno ostre spojrzenie puszystej wiedźmy skutecznie ustawiło go w ryzach. 
– Ha! – skrzeknęła Decima. – Patrzcie go! Ledwo wypłynął na powierzchnię, a już się stawia! Za mało miałeś reparacji do wypłacenia, Malfoy?
– Dobrze wiesz, że… – Nie dały mu jednak skończyć. Wiedźmy stanęły bliżej niego, z dobrze znanych Lucjuszowi powodów wzbudzając w nim niepokój, który można by porównać tylko z atmosferą zebrań Wewnętrznego Kręgu. Nie wiedział czemu nie potrafił się stawić trzem z pozoru nieszkodliwym starszym paniom, nie wiedział też jak go znalazły  i jak w ogóle dostały się do Malfoy Manor tej paskudnej, październikowej nocy ani czemu zaoferowały kufry galeonów za nic. Choć z drugiej strony wizja ich żelaznej władzy nad jego osobą zaczynała do niego powoli docierać i to „nic“ zaczynało nabierać realnych kształtów.
– Nie zapominaj dzięki komu opłaciłeś tych wszystkich urzędasów – dołożyła swoje trzy grosze Norma, podczas gdy Marta wciąż wbijała w Lucjusza ostre spojrzenie.
– Za czyje pieniądze ubrałeś w tym tygodniu bachora, co? – skrzeknęła znowu Decima.
– Dracona – wysyczał.
– Bądź pewien, że pamiętamy jego imię – odwarknęła w odpowiedzi Marta, tonem, który sprawił, że Lucjusz wolałby jednak, żeby nie pamiętały. 
Te dwie byłby jeszcze w stanie przeżyć, ale w otyłej wiedźmie było coś, przez co aż włos jeżył się na karku. Nie miał w dyskusji z nimi żadnej karty przetargowej, tylko dzięki tym trzem nie siedział jeszcze w Azkabanie kiedy aurorzy skonfiskowali cały jego majątek, w nadziei, że nie będzie miał się czym wykupić z zarzutów. Byli gotowi go posadzić nawet z braku jednoznacznych dowodów. Zdrowy rozsądek kazał mu zatem zrobić to, co umiał lepiej niż chciałby przyznać: kłamać, kłamać jakby życie od tego zależało. Każdy miał swoją cenę, łącznie z nim. Każdy wiedział też, że credo Malfoyów to wiedzieć jak kogoś kupić, a on w tym momencie chciał od nich kupić Snape’a. Wiedźmy były świadome tego, że mają ich obydwu w garści, nie były jednak świadome tego, kim ten tłustowłosy nietoperz jest. To mogło podziałać na korzyść Lucjusza, więc zaczął od szybkiego przewrotu na plecy:
– Miłe panie, proszę – uśmiechnął się sztucznie. Nie szczerość uśmiechu była jednak ważna. Zaraz zauważył, że magiczne słowo podziałało zbawiennie na ego trzech kobiet. – Mój los jest w waszych rękach. Ja tylko… Wychodzę z pewną propozycją, która może dodatkowo usprawnić naszą współpracę, to wszystko. – Odchrząknął i posłał w ich stronę swój najlepszy, to jest ten najbardziej układny, uśmiech. – Tak sobie myślę, że niewielu jest czarodziejów, którzy z własnej woli obkładają się profesjonalnym sprzętem warzycielskim i kociołkiem z podwójnym tytanowym dnem, a przy tym mieszkają w takiej ruderze.
– Skąd wie o dnie? – Decima zwróciła się do Normy, a ta tylko wzruszyła ramionami.
– Fachowe oko czystokrwistego szpiega, moje panie – dodał szybko, nie chcąc się zdradzić. Tymczasem gotów był postawić dobre pieniądze (gdyby takowe posiadał), że Snape, profesjonalista w każdym calu, to kompletny więzień swoich nawyków, który wciąż używa tych samych kociołków. Czasem dobrze było być Malfoyem i wiedzieć pewne rzeczy o pewnych osobach. 
– Nie wyskakuj mi tu z krwią, Lucjuszu Malfoy – warknęła Marta, ale słowa byłego Ślizgona widocznie zmusiły ją do przemyślenia pewnych decyzji ze Snape’em i Tamizą w rolach głównych.
– Za wiele też nigdy sobie nie poszpiegowałeś… – Decima zgasiła kolejnego papierosa, tym razem na brudnej tapecie, i spojrzała na Normę porozumiewawczo.
– Z tego co wiem, Czarny Pan wysłał cię raz na przebieżkę po szkockich polach, żeby stwierdzić czy wioska mugoli nadal stoi tam gdzie stała… – wtrąciła ta.
– Ha! To dobre! – Koleżanka klepnęła ją w ramię.
– Chodzi mi o to! – Lucjusz naprawdę starał się nad sobą panować najlepiej jak umiał. – Że ten typek wyraźnie wie co robi, a twoja wnuczka to w końcu tylko charłaczka – zwrócił się bezpośrednio do Marty. – Zna się na roślinach, a na produkcji? Ona nawet nie wie kim jest! Jemu też możemy zmodyfikować pamięć, przyda się na coś. A zabić go zawsze możemy. Potem.
Wiedźmy rozważały jego słowa dłuższą chwilę. Dobrze. To mogło oznaczać zgodę bez konieczności odkrycia wszystkich kart, a co więcej: możliwość rozliczenia się z tym ponurym gnojkiem. Osobiście.
– W porządku – uznała w końcu Marta. – Ty się tym zajmij. Normo, wzięłaś nici?
– A gdzie miałabym je niby zostawić?
– Całuję rączki. – Lucjusz skłonił się dworsko.
– Tak, tak. – Wiedźmy, jak jeden mąż, ruszyły do wyjścia. – MOIRA!
Wnuczka korpulentnej damy wybiegła z łazienki. Drzwi zamknęły się za nimi z hukiem, a gdy tylko został ze Snape’em sam na sam, Lucjusz zaczął działać.
– Mam nadzieję, że długo nie dasz mi na siebie czekać, mon ami. – Zdjął zaklęciem knebel i więzy z dawnego kolegi i posadził go, z niejakim trudem, bo Snape był nieco nieprzytomny. Oparł go w końcu o ścianę, przysunął sobie krzesło, wyczyścił je chusteczką, którą zaraz z obrzydzeniem rzucił na podłogę i nie podniósł więcej, po czym usiadł i postukał niecierpliwie obcasami w podłogę. – No? Wracasz czy nie?




2 komentarze:

  1. Kocham wiedźmy! Poczciwe starsze panie znowu awansują na moje ulubienice – drugi Twój fik z rzędu! Coś czuję też, że opowiadanie będzie spełniać rolę edukacyjną. Kwik, to najwięcej wiadomości o opium, ile przez całe życie przeciekło do mojej świadomości. No i czekam, aż biedna Moira rozwinie osobowość, bo jak na razie nie miała lekko...

    Ukłony,
    M.

    OdpowiedzUsuń
  2. Twój blog został dodany do Katalogu Euforia. Pozdrawiam, taasteful. ♥

    OdpowiedzUsuń