Ogłoszenie



Po wielu pertraktacjach z własnym sumieniem – powracam. Jeszcze bardziej zdeterminowana, by przywrócić do życia nie tylko wszystkich Śmierciojadów, ale, o zgrozo!, nadać im imiona, dorzucić niezależne osobowości i zdrową dawkę logicznego myślenia.

Nie wszyscy Ślizgoni to gumochłony intelektualne, tak jak nie wszyscy Gryfoni są do bólu czarno-biali.

Dobrze wiecie, czego się po mnie spodziewać i dobrze wiecie, że nigdy nie znikam na długo ;) Marzenia o własnych projektach zniknęły tak szybko, jak tylko Snape znów zastukał do moich drzwi i zarządził uzupełnienie kolejnego rozdziału swojej burzliwej historii. Pełna uwielbienia oczywiście się zgodziłam, ale nie byłabym Ślizgonką, gdybym nie dorzuciła też czegoś od siebie. Przygotujcie się na akcję, nowe postaci, krytyczne zmiany w historii, aurorskie pościgi, pojedynki, mroczne czasy, deptanie kanonu i całkowicie zbijające z tropu zwroty akcji.

Przesadzam?

Po tym jak wrzuciłam Severusa w otchłań czasoprzestrzeni śmiem twierdzić, że chyba nic bardziej kosmicznego nie wymyślę.

Przynajmniej na razie.

xoxo
Oleńska

wtorek, 4 sierpnia 2015

IV

Rozdział czwarty
Małe cuda

Gospoda pod Świńskim Łbem, 1980
Wojna nie służyła nikomu, a już z pewnością nie skromnemu czarodziejowi z własnym biznesem do prowadzenia. Aberforth Dumbledore opierał się w zamyśleniu o ladę barową i pykał długą, wąską fajkę. Kłęby siwego dymu, które unosiły się wokół niego, odpowiadały idealnie jego czarnym myślom, które teraz mnożyły mu się w głowie. Nic już nie będzie takie samo, o nie. Gospoda pustoszała z dnia na dzień. Hogsmeade podupadło, codziennie ktoś inny pakował manatki i uciekał do rodziny, do kuzynów, do całkiem obcych. Byle dalej od Anglii pod butem Mrocznego. 
Aberforth już dawno podejrzewał, że temu szalonemu faszyście brak piątej klepki, ale to co miał okazję czytać ostatnio w Proroku przechodziło najśmielsze oczekiwania. Ten-Którego-Imienia-Nie-Wolno-Wymawiać był najwyraźniej zwyczajnie zdeterminowany, by zrównać ten kraj z ziemią i zatańczyć na zgliszczach. Zerknął nieprzychylnie w stronę sakiewki z utargiem. Jak tak dalej pójdzie, to najpierw zatańczy na tym, co zostanie z jego gospody. Zanosiło się na bardzo chude lata.
Tej zimnej, deszczowej nocy w gospodzie siedziało tylko pięć osób. Jeden gagatek zamówił kawę i robił takie miny przy jej spożywaniu, że Dumbledore’a aż świerzbiły palce, żeby go wyrzucić. Niestety, nie miał powodu, ale nie tracił nadziei. Noc jeszcze młoda. Trzy wiedźmy, skulone przy kominku, w czarnych szatach i obszernych kapturach na głowie, okazały się porządniejsze. Oprócz tej czerni. Czarne, czarne, wszystko czarne. Moda na śmierciożercę, czy jak? Zamówiły trzy szklanki Ognistej i dzieliły się jednym papierosem na długiej, czarnej fifce. Tytoń był podły i śmierdzący, ale Aberforth nie miał serca kazać im palić na zewnątrz, nie w taką ulewę. Ostatnia osoba, wyjątkowo dziwna kobieta, siedziała w pokoju na górze i wciąż czekała. Zazdrościł jej cierpliwości. Jego brat z pewnością lubił mieć swoje wejścia, dziś też sobie nie darował. Kiedy tylko mignęły mu w wejściu jego jaskrawe szaty, właściciel gospody wypuścił kilka kółek z dymu i machnął na to wszystko ręką. Więcej zamówień nie przewidywał. Poszedł nastawić czajnik na herbatę. Równie dobrze może się trochę rozgrzać, dziś nic ważnego nie będzie się tu działo.

***

1982

Lucjusz Malfoy nie był jedynym czarodziejem z planem. Severus w swojej strategii przetrwania od dawna polegał przede wszystkim na ludzkiej ignorancji. Narkotyk uśmierzył skutecznie postcruciatusowe bóle i nie zrobił prawie nic poza tym. Opium to dziwna substancja, która nie powoduje halucynacji bardziej inwazyjnych od tego rodzaju oderwania, gdy jest się na granicy wyczerpania, ale sen jeszcze nie nadchodzi. Dlatego Severus był przytomny i w miarę świadomy, ale bardzo zły na siebie, bo mimo wszystko dał się zaskoczyć. Teraz potrzebował planu B. Nie był przygotowany, że znajdą go tak szybko. Po pierwsze, nie był przygotowany na to, że ktokolwiek sforsuje jego zabezpieczenia. Te trzy z pewnością były potężne. Cholera, a przecież nawet mugole nie mogli go tu znaleźć. Wszystkie papiery na mieszkanie były podpisane fałszywym nazwiskiem, dokumenty i cała przykrywka opierała się na sztucznie stworzonym alter ego: niejakiej Natalii Czechow, nobliwej emigrantce z Moskwy, której nikt nie podejrzewałby o bycie śmierciojadem w ukryciu. Plan teoretycznie nie do przejrzenia.
Oprócz tego, że widocznie musiał popełnić błąd przy wymazywaniu pamięci tej niedorzecznej kobiecie z laboratorium, bo te trzy jednak go znalazły. To było niewybaczalne, ale jeszcze nie paraliżowało kompletnie jego szans na przeżycie. Musiał tylko jakoś się pozbyć Lucjusza, a że pan Malfoy był snobem i hipokrytą i w życiu nie wziął do ust więcej niż kieliszka alkoholu na raz, to teraz Snape leżał spokojnie na kanapie i udawał nieprzytomnego. I planował. W międzyczasie zastanawiał się jak dyskretnie wyciągnąć różdżkę i uwolnić się z więzów. Niestety, było to niemożliwe. Malfoy musiał mu ją wyjąć wcześniej z kieszeni. Utknął. 
– Wiem, że nie śpisz, mon ami. Nie mamy zbyt wiele czasu. – Usłyszał jak Lucjusz wyciąga spokojnie swoją różdżkę. Cholera. Więc to koniec. Otworzył leniwie jedno oko, na co jego dawny kolega uśmiechnął się złowieszczo, a potem zdjął mu knebel. Więc chciał rozmawiać? To mogło mu kupić nieco czasu.
– Severusie – wymruczał, tak jak musi mruczeć kot, który szykuje się do ataku. – To ciągłe i uparte pozostawanie żywym, gdy tak wielu chce cię widzieć martwym jest przejawem bardzo złych manier.
– Wiedziałbyś coś o tym, nieprawdaż? Wparadowywać tak człowiekowi do mieszkania… – Mistrz eliksirów próbował usiąść, ale więzy były zbyt ciasne. – Mógłbyś? – Zerknął na nie wymownie, a ku jego zdumieniu Malfoy wysłuchał prośby. Snape był ponownie wolny, a to znaczyło, że chyba dziś nie zginie. Przynajmniej nie od razu. Najwyraźniej Lucjusz chciał rozmawiać, ale o czym mieliby niby rozmawiać? Czego mógł chcieć? Teraz, kiedy Snape nie miał żadnej karty przetargowej, negocjacje mogły wymagać nieco ekwilibrystyki kombinatorskiej.
–  Zapewne się zastanawiasz… – zaczął Lucjusz.
– Tak. – Severus usiadł powoli i wyciągnął nogi przed siebie.
– I nie zamierzasz się szarpać? Odzyskać różdżki, rzucić starą dobrą Avadą? – Malfoy obracał w palcach swoją długą, czarną różdżkę i udawał zamyślonego. W rzeczywistości sam wyglądał jakby właśnie kontemplował wyżej wymienioną listę czynności. Snape posłał mu swój najlepszy szyderczy uśmieszek.
– Chcesz się ze mną pojedynkować, Lu? Odważnie. – Próbował złapać różdżkę, ale Malfoy był szybszy.
Quid pro quo. – Wstał i przespacerował w tę i z powrotem po brudnym dywanie, po czym złapał krzesło za oparcie i nachylił się do dawnego kolegi. – Nie będzie żadnego pojedynkowania się i spektakularnych zaklęć, Snape. Muszę cię rozczarować. Teraz tkwimy w tym razem i mamy naprawdę mało czasu.
– Tkwimy w… Tkwimy w czym razem? – W oczach Lucjusza były tego rodzaju niepokojące iskry, które ostatnim razem widział kiedy Malfoy opowiadał mu o pewnym bardzo potężnym, fascynującym czarodzieju, który właśnie rekrutuje popleczników. Lu przepadał za tego rodzaju elitarnymi grupami. – Z tego co wiem, to nie ciebie Ministerstwo chce skrócić o głowę – warknął w końcu, wciąż próbując się domyślić dokąd zmierza ta konwersacja. – To, że jeszcze nie siedzisz w Azkabanie musiało być, jak sądzę, biurokratycznym niedopatrzeniem? – Uśmiechnął się złośliwie i rozejrzał za papierosami. Zniknęły w tajemniczych okolicznościach. Ostatnio był tu taki ruch, że nie miał nawet solidnych podejrzeń. To mógł być każdy. Cholerny świat! Wchodzą ci do domu, robią śmierciożercze propozycje i zabierają fajki.
– Każdy ma swoje sekrety, przestań być taki melodramatyczny. To straszliwie nudny przymiot i w ogóle do ciebie nie pasuje.
Snape zgrzytnął zębami, zrobił to specjalnie i z satysfakcją zauważył, że Lucjusz zmarszczył nos. Nie znosił, gdy Severus to robił. To jego zgrzytanie wzbudzało w nim nieprzyjemny dreszcz, jak skrobanie paznokciami po tablicy. Albo brązowe buty ubrane do czarnej szaty.
– Naprawdę, Snape. Użyj nieco wyobraźni. – Usiadł z powrotem na krześle. –Czarny Pan nie żyje, nie możemy się zajmować przeszłością jeśli mamy przetrwać tu i teraz. – Zaklęciem przywołał z łazienki swoje rękawiczki i płaszcz, które zaraz zaczął pracowicie otrzepywać, jak gdyby miały zajść brudem od samego faktu przebywania w tej ruderze.
– Ty nie wydajesz się mieć z tym większych problemów. Jak zwykle. – Severus przetarł oczy i próbował zebrać myśli. Przywiązanie Lucjusza do swojej garderoby na pewno mogłoby zająć cały rozdział w podręczniku schorzeń i zwichrowań psychicznych.
– Snape, ja cię proszę, nie bądź złośliwy. Prawda jest taka, że mogłem cię wydać…
– Ale tego nie zrobiłeś. Dlaczego?
– To byłoby karygodne marnotrawstwo okazji. I twoich umiejętności.
– Moich umiejętności? – Zerknął na niego nieufnie. – Ciekawe.
– Przestań się tak nisko cenić. Czarny Pan mógł znaleźć jakiegokolwiek mistrza eliksirów, a z jakiegoś powodu na osobistego dostawcę wybrał właśnie ciebie.
– Bo byłem na tyle młody i głupi, żeby wierzyć w jego mrzonki.
– To już nie wierzysz?
W odpowiedzi Snape rzucił mu wymowne spojrzenie i zapadł się głębiej w kanapę. To był temat na o wiele za długą dyskusję, na którą teraz nie miał siły. 
– Już nie. Nie wiem. To wszystko było takie… zbyt proste.
– Nic z tego nie było proste, mon petit ami. – Lucjusz przewiesił płaszcz przez oparcie krzesła i wbił w Severusa badawcze spojrzenie.
– Nie proste, a raczej… – Snape położył sobie rękę na czole i odchylił głowę w tył, szukając słów. – Łatwe i zbyt trudne do wymazania. 
Lucjusz zerknął na swoją lewą rękę.
– Tak. Wciąż gdzieś tam jest, prawda?
– Hm.
– Myślisz, że żyje? Że jednak nie umarł?
– Nie wiem, ale jak mi oddasz różdżkę mogę cię wysłać do stu diabłów i sam się spytasz. – Zmiana tonu i tego rodzaju pytania były trochę niepodobne do zwykle pewnego siebie Lucjusza. Snape zrobił się jeszcze bardziej podejrzliwy. – Jakie to ma teraz znaczenie? Nie wiem. – Wziął głęboki wdech i spojrzał na Malfoya. – Mów lepiej czego ty ode mnie chcesz. Nie zamierzasz mnie zabić, nie zamierzasz mnie wydać…
– Tego nie powiedziałem. – Lucjusz uśmiechnął się złowieszczo, a mistrz eliksirów tylko przewrócił oczami. – No, już się tak nie denerwuj. Nie mam zamiaru cię komplementować, Snape, ale jako jedyna znana mi osoba, która umie uwarzyć porządne Veritaserum jesteś raczej niezbędnym składnikiem czarodziejskiego świata. Na razie. Przykro mi. – Choćby jego włosy były nie wiadomo jak brudne, a charakter paskudny, to jednak skurczybyk był nieprzeciętnie utalentowany, to Lucjusz musiał przyznać, nawet jeśli nie przeszłoby mu to przez gardło. Snape był mu potrzebny, Snape’a zawsze dało się odpowiednio wykorzystać.
Severus kontemplował chwilę jego słowa, a potem podjął bardzo szybką i bardzo łatwą decyzję. Najwyraźniej wyrobił sobie w tym kierunku pewien nawyk, a skoro i tak nie miał większego wyboru… Znowu.
– Czego właściwie chcą od ciebie te wiedźmy, Lu? – Zmienił nagle temat. – Co tu się wyprawia? I kim jest ta mugolka?
Lucjusz zacmokał cicho. Żeby to on wiedział.
– Z tego co wiem, to nie jest mugolka. Ale nie wiem kim jest.
– A te trzy?
– Cholera wie, Snape! Nie wiem. 
– Jak widać obydwaj jesteśmy dość niedoinformowani.
– Możemy przestać roztrząsać to, co nieistotne?
– Czyli niedotyczące twej osoby?
– Jakbyś zgadł. I skup się! Nieważne kim są. Sęk w tym, że pomożesz mi się ich pozbyć.
– Pozbyć? – parsknął. – Nie widziałeś jak tu wparowały? Myślisz, że zostawiłem drzwi ot tak otwarte na oścież? 
Malfoy zastanowił się chwilę nad jego słowami.
– Nie, na pewno nie – uznał w końcu. – Masz wrodzoną paranoję, Snape. Wierzę ci. Wiem jak kochasz gości.
– Hm.
– Przestań na mnie chrząkać, jesteś bezczelny. – Pstryknął mu przed oczami, ale zaraz cofnął rękę, bo mina Snape’a wyrażała chęć jej odgryzienia. – Te trzy mają mnie w garści, ale z twoją pomocą i małą intrygą mogę się z tego wyplątać.
– A co ja będę z tego miał? – Przeciągnął się i znów wyciągnął przed siebie długie, pająkowate nogi, patrząc przy tym na Lucjusza tak drwiąco, że tylko siła woli nie pozwoliła mu Severusa porządnie przekląć.
– Poczucie przynależności i bezpieczniejsze życie? – Uśmiechnął się niczym obwoźny sprzedawca wadliwych odkurzaczy.
– Aha. Już to gdzieś kiedyś słyszałem…

***

Severus Snape uznał, że ma niebanalny talent do pakowania się w kłopoty. Być może też jakieś inklinacje samobójcze. Żyłkę do autodestrukcji. I podświadome pragnienie śmierci, to na pewno też. Do tego jeszcze robił się naiwny, bo Lucjusz Malfoy znowu wciągnął go w swoje spiski i plany. Szczwany Malfoy lubił się wyręczać innymi. Czemu Snape nigdy nie miał wyboru? Być może to ta autodestrukcja. On sobie ten wybór po prostu sam odbierał, niech szlag trafi wszystkie plany i próby odkupienia win. Chociaż czasem się zastanawiał, co by było, gdyby rok temu nie wysłał tej sowy do Dumbledore’a. Ciekawe, czy stary się domyślił… Nie, na pewno nie. I na pewno nie mogło to zadziałać jako odkupienie win. Jeden mały dobry uczynek w obliczu tysiąca paskudnych rzeczy, które robił i kazano mu robić… Różnica była zerowa. Wzdrygnął się na samą myśl o ponownym spotkaniu z dementorami. Zbyt wiele złych wspomnień, zjedzą go żywcem. Wielu prawdopodobnie widziało go w roli truciciela i szalonego zabójcy, ale prawda była taka, że w swojej śmierciożerczej karierze i zresztą całym marnym życiu, choćby nie wiadomo jak cynicznie do tego podchodził, Severus Snape zabił jedną osobę. Tylko i aż. Ta jedna Avada wystarczyła, by nim potrząsnąć lepiej, niż cokolwiek innego. Dopiero wtedy zorientował się, w jak głębokim bagnie tkwi. Ale było już za późno na ratunek. Kiedy tamtej nocy podsłuchał przepowiednię, zrobił jedyną rzecz, jaką zrobić mógł: ostrzegł Zakon. I natychmiast zniknął. Myślał o tym często i zastanawiał się, czy to coś zmieniło. Pewnie nie, ale może jednak? Jeśli go złapią i tak osądzą jako śmierciojada, a on nie będzie się stawiał, ale najpierw kupi jeszcze trochę pożyczonego czasu. Specjalnie mu się nie spieszyło do wieczności.
Nachylił się w skupieniu nad kociołkiem, obserwując obłoczek bladej pary, która unosiła się leniwie znad mieszaniny. W porządku. Wygląda dobrze. Jakim cudem dał się znowu wciągnąć w podejrzane interesy? Coś mu umknęło. Być może życie mu po prostu niemiłe?
– Niewiarygodne. – Charłaczka podeszła bliżej do jego stanowiska pracy, kompletnie rozpraszając jego myśli. Prawie podskoczył. Nie spodziewał się, że ma towarzystwo. Spojrzał na nią z pretensją, ale ona w ogóle go nie zauważała. Obserwowała ogień pod kociołkiem.
– Wiem – warknął. – Idź stąd, jestem zajęty.
– Niewiarygodne, że zamierzasz pracować w tak średniowiecznych warunkach. Mogę ci przynieść jeden z moich palników, będzie sto razy szybciej.
Co za impertynencja! Mugolskie palniki pod jego kociołkiem, aha! Nozdrza zafalowały mu ostrzegawczo, ale ona nadal nie zwracała uwagi. Zaczęła przeglądać butelki i fiolki przy kociołku, co było na tyle bezczelne i absolutnie niedopuszczalne, że zacisnął palce na różdżce. Musiał nie zauważyć jak weszła. Albo Lucjusz dał jej klucz. Drań.
– Niezwykłe. – Nachyliła się nad kociołkiem i powąchała zawartość. Severus zmrużył oczy, próbując siłą woli doprowadzić miksturę do wybuchu. Niestety. – Poprzez stopniowe podgrzewanie muszą się z tego uwalniać dwucukry, nigdy bym nie wpadła, że w magii będziecie używać śliwek. To jakieś antidotum? – Spojrzała na niego badawczo. Snape zmrużył oczy i odsunął ją bezceremonialnie na bok.
– Obiad – wycedził. 
– Co? – Uniosła brwi.
– Będę to jeść.
– Ach. 
Wyciągnął ze zlewu przybrudzoną miskę, a z szafki kawałek lekko czerstwego chleba. Nałożył sobie sporą porcję paćki z kociołka, ale że wciąż czuł na plecach podejrzliwe spojrzenie westchnął cierpiętniczo i odwrócił się do niej, z wyraźną niechęcią i przesadzonym trudem. 
– Chciałaś czegoś? – zapytał jedwabistym tonem, sugerującym bardzo nieprzyjemne rzeczy, jeśli ona zaraz się stąd nie wyniesie.
– Wiesz, mam u siebie świeży chleb, mogę ci… – Zaczęła miąć naderwany rękaw starego swetra.
– Nie, dziękuję – wycedził. – Jeśli nie masz tu żadnego interesu, to łaskawie zamknij za sobą drzwi.
– Właściwie to…
Uniósł pytająco brew, rzucając jej spojrzenie sugerujące jej rychłą śmierć w męczarniach, jeśli w tej sekundzie nie będzie się streszczać w kierunku zakończenia wypowiedzi. Najlepiej jak najszybszego zakończenia.
– Jeśli będziesz miał chwilę to właśnie dostałam pocztą nowe sadzonki – powiedziała nadnaturalnie szybko i na jednym wdechu.
Severus zerknął na swój obiad, po czym odstawił na blat kuchenny i machnięciem różdżki zgasił ogień pod kociołkiem. Szybkim Evanesco opróżnił jego zawartość.
– Nie pali się, możesz zjeść. – Moira wycofała się w stronę wyjścia. Ten facet był stanowczo zbyt dziwny.
– Jeśli teraz je powiększę, sok będzie gotowy za pół godziny. – Włożył buty i puścił ją pierwszą w drzwiach. Dopilnował, żeby tym razem zaklęcia na mieszkaniu były jeszcze mocniejsze, niż dotąd.
– Tak, ale nie musisz teraz…
Poszedł za nią na górę, nagle skupiony na swoich myślach. Testował nowe zabezpieczenia, w końcu dojdzie do tego jak te trzy rozpracowały jego magię. A wtedy zemsta będzie straszna.
– Widzę, że w tym tygodniu rozumiesz magię? – zapytał w końcu.
– Co? – Rzuciła mu spojrzenie, które podsumował w myślach jako wzrok tęskniący za rozumem i tylko machnął ręką.
– Nieważne. Które przyszły? Czerwone czy białe? – Wszedł za nią do mieszkania. Głupia dziewczyna, drzwi nie były nawet zamknięte na klucz!
– Czerwone. Podobno sok ma być różowy, bardzo mocny. – Poszła przodem do laboratorium, gdzie bzyczały nieustannie lampy UV i domowy generator prądu. Severus nie wiedział, jak ona może znosić tak irytujące bzyczenie. On potrzebował do skupienia absolutnej ciszy. Wysokie maki prężyły grube łodygi prawie po sam sufit – nieoceniona pomoc eliksiru Severusa. Wciąż krzywił się na samą myśl. Jego nieprzeciętne umiejętności warzycielskie zmarnowane na produkcji odżywek do kwiatów. Jak nisko upadł…
– Chodź. – Założyła maskę i dała mu jedną. Machnął ręką, ale nie usłuchała i prawie wcisnęła mu ją na twarz. Zmrużyła oczy. – Ćpun. Chodź, bo wyschną.
Otworzyła kartonowe pudełko, w którym przyszły trzy, bardzo niemrawe sadzonki. 
Szturchnęła paczkę. – I jak? Zrobisz nad nimi te swoje małe cuda?
Severus nachylił się nad sadzonkami w skupieniu, ignorując powyższą uwagę i nie zamierzając po raz kolejny tłumaczyć jej różnicy pomiędzy Bogiem a magią. To nie miało sensu. Religijność Irlandczyków doprowadzała go do białej gorączki.
– Dobrze – stwierdził sucho i podwinął rękawy dziurawego, w dobrych czasach czarnego, swetra. – Przynieś doniczki. Im szybciej zaczniemy, tym szybciej skończymy. – Salazarze, na co mu przyszło…



4 komentarze:

  1. Severus ogrodnik! Jak słodko.
    Coś mi się wydaje, że ta charłaczka nieźle namiesza w przyszłości. I że wcale nie jest takim tępym popychadłem.
    Dzieje się i zaczyna mi się to podobać.
    Pozdrawiam.

    P.S. Wen do mnie wrócił.

    [w-cieniu-pozogi.blogspot.com]

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Haha! Dokładnie!

      Jazzy

      PS. Zapraszamy wszystkich na Stowarzyszenie. Nowe, świeże, pełne młodych osób Stowarzyszenie Księcia Półkrwi! Macie blogi? Dołączcie! Jeżeli chcecie dowiedzieć się całej prawdy, o Waszej twórczości poddajcie je ocenie. SKP skrywa jeszcze wiele sekretów, otwórzcie drzwi do tej krainy mlekiem i miodem płynącej i kliknijcie w link!
      http://stowarzyszenie-ksiecia-polkrwi.blogspot.com
      ~Zespół SKP

      Usuń
  2. przeczytałam na jednym wdechu, czekam na więcej! mrocznie, aż miło :)
    jeszcze więcej Moiry i Severa! romansu, czekam na mroczny romans!

    OdpowiedzUsuń
  3. Lubię, gdy Lucjusz mruczy, a Severus jest rozbity, zagubiony i właściwie sam nie wie, czego chce. Ale oczywiście się do tego nie przyzna, tylko sarkacyzmuje wszystkich wokół na śmierć. Cały wątek pt: "Co robił Sever, zanim wpadł w łapy Dumbledore'a" bardzo mnie kręci i ciekawa jestem, jak z niego wybrniesz (bo kanon musi być martwy na śmierć, tak samo jak Lilka Potter).
    Siedzę, kibicuję i wnoszę petycję o więcej czasu antenowego dla biednej Moiry :)

    Pozdrawiam,
    Szalona

    OdpowiedzUsuń