poniedziałek, 10 sierpnia 2015

V

Rozdział piąty
Panaceum


Albus Dumbledore zawsze rozważał moralność w kategorii tej jednej, wiecznie milczącej ciotki, która na proszonych obiadach siedzi na samym końcu stołu, ukradkiem robi na drutach i ogólnie przez większość czasu zajmuje się sobą, ale gdy w końcu ktoś się do niej odzywa, okazuje się, że przez ten cały czas miała do powiedzenia całkiem rozsądne rzeczy. Zmarnowane szanse, niewątpliwie. Zmarnowane szanse, uznawał osobiście najpotężniejszy czarodziej dwudziestego wieku, są w tym wszystkim całkiem podobne do tego ostatniego kawałka ciasta, który przeleżał w lodówce tak dużo czasu, że wszyscy domownicy zdążyli stracić na niego apetyt.
Zbliżał się nowy rok szkolny i dyrektor Hogwartu miał jeszcze całkiem sporo czasu  na przemyślenia różnego sortu. Wojna skończyła się bardzo niespodziewanie w stosunku do tego jak się zaczęła, a zaczynała się powoli, metodycznie, ukradkiem. Do tego stopnia ukradkiem, że gdy Voldemort ujawnił swoją obecność w pełnej krasie, było już za późno na powolne układanie strategii.
Fawkes spłynął z gracją ze swojej żerdzi i zatoczył pod sufitem majestatyczne koło, tylko po to, by zniknąć za oknem. Odleciał w sobie tylko znanym kierunku, co Dumbledore przyjął bez zaskoczenia. Feniks z pewnością wiedział co robi, widocznie nastąpiła jakaś wyższa konieczność. Czarodziej poprawił okulary na nosie i odchylił się dalej na fotelu, na chwilę odrywając od „Proroka Codziennego“. Musiał zrobić sobie przerwę. Czarodziejski świat podnoszący się z upadku koncentrował się, według Dumbledore’a, zupełnie nie na tych aspektach życia, na których powinien. Z okładki gazety szczerzyła się opętańczo Bellatrix Lestrange, którą w końcu czekał proces, Rita Skeeter roztrząsała brudną przeszłość niemal każdego, kto nawinął jej się pod pióro, a Korneliusz Knot nadal odmawiał komentarza w jakiejkolwiek sprawie. Azkaban zapełniał się powoli wszystkimi, którzy zasłużyli sobie na wieloletni pobyt. No, prawie wszystkimi. 
Albus odsunął przestronną szufladę biurka, w której trzymał korespondencję. Była prawie pusta, starał się załatwiać wszystkie sprawy na bieżąco, ale z tyłu głowy wciąż dręczyło go tych kilka najtrudniejszych, niezałatwionych. Oprócz pustego, świątecznego pudełka po czekoladowych żabach, w szufladzie leżała jedna, prosta koperta ze znaczkiem ze stacji benzynowej w Portsmouth. Na przodzie, w wielkim pośpiechu, wąskim i zbitym pismem ktoś naskrobał nazwisko dyrektora. Adresat czytał ten list tyle razy, że znał go już na pamięć. Nie było to wielkim wysiłkiem, wiadomość była niezwykle zwięzła, choć Dumbledore lubił tę świadomość, że w swoim wieku posiada jeszcze tak wspaniałe umiejętności kojarzenia. Nadawca postanowił pozostać anonimowym i się nie podpisał, jego trud był jednak zbyteczny. Swego czasu wszystkie prace pisane tą samą nerwową, ciasną czcionką zyskiwały najlepsze oceny z eliksirów, jakie Hogwart widział od bardzo dawna. Przypuszczalnie przedtem ostatni Wybitny na owutemach otrzymał Horacy Slughorn. Dumbledore zamyślił się głęboko i zasunął szufladę. Tak, moralność to istotnie ciekawa rzecz.

***

Do połowy dziewiętnastego wieku produkty roślinne stanowiły solidną bazę dla niemal całej medycyny. Herbatka z naparstnicy leczyła niewydolność serca, kora wierzby działała jako środek przeciwbólowy, a opium i jego pochodne stosowano jako szeroko pojęte panaceum. Chyba największym powodem tej popularności był fakt, że po prostu działało. Działało dobrze i natychmiast, a chociaż skutki tej kuracji były łatwe do przewidzenia, powszechność specyfiku czyniła uzależnienie łatwiejszym. Równie często lekarze zalecali laudanum, alkoholową nalewkę z opium. Szczególnie na „histerię“ – popularne w tamtych czasach określanie wyhodowania przez kobiety jakiejkolwiek formy charakteru. Alkaloidy opium hamowały kaszel, przynosiły ulgę od chronicznych boleści, pomagały zasnąć, a nawet… Oddalały melancholię. Samo to już brzmi jak magiczny specyfik, nic dziwnego, że był szczególnie modny również w świecie czarodziejskim.
Spektrum bolączek, które łagodziło opium było bardzo szerokie, a konkurencja właściwie znikoma – oczywiście dopóki nie nadeszła era morfiny. Opium zachowało się zatem w pamięci zachodniego świata jako relikt przeszłości, egzotyczna zabawka elit, źródło mrocznej inspiracji wczesnych powieści grozy i eteryczny nałóg wiecznie zemdlonych wiktoriańskich dam. Kto by się spodziewał, że ten wręcz metafizyczny narkotyk będzie przechodził drugą młodość niemal sto lat później, w magicznym Londynie? Lucjusz Malfoy na pewno nie, a przynajmniej dopóki nie zobaczył tego na własne oczy. Rzecz jasna, na początku plan tych trzech w ogóle do niego nie przemawiał. 
Kiedy tylko Lucjusz dowiedział się o wszystkim, najpierw miał ochotę zaśmiać się wiedźmom w twarz. Na szczęście tego nie zrobił. Sam fakt ile brudu miały na niego samego wzbudzał w nim niepokój na tyle silny, że nie zamierzał im się przeciwstawiać. Co jeszcze mogły wiedzieć? Co jeszcze wiedziały o innych? Czy to była tajemnica ich wpływów? Prawdopodobnie. Współpraca z tą podejrzaną trójką wzbudzała w Lucjuszu pewne wątpliwości, ale była niezwykle łatwa. Przede wszystkim z dwóch powodów: zyski przechodziły najśmielsze oczekiwania, a dzięki Snape’owi nie musiał łączyć niczego bezpośrednio ze swoją osobą. Malfoy gratulował sobie w duchu przebiegłości. Po prostu czuł, że ten zdziwaczały skurczybyk jeszcze się na coś przyda. Odbudowanie bogactwa Malfoyów na podejrzanych biznesach nie brzmiało może zbyt dobrze, ale było wysoce opłacalne, a wiedźmom można było ufać jeśli chodzi o ekstensywny research. Ponowna moda na opium? Skoro tak twierdziły… Każdy wiedział, że magiczny świat siedział w kieszeniach starych czarodziejskich rodów, a czarodziejska, jak i każda arystokracja, miała swoje słabości – bardzo łatwo bywała znudzona codziennością. Właśnie ten fakt wiedźmy postanowiły skwapliwie wykorzystać.
Lucjusz od zawsze był świadom, że w towarzystwie, w którym obracał się od maleńkości, dosłownie każdy miał swoje sposoby na przeróżne… Problemy. „Pogoń za smokiem“ nie wydała mu się tu specjalnie dziwna, zwłaszcza jeśli wziąć pod uwagę co jeszcze czystokrwiści mieli za uszami. Jego matka była uzależniona od laudanum, co było oczywiście znakiem tamtych czasów, Salazarze – doktor Frankenstein też je ubóstwiał. Kuzyn Byron zamawiał z apteki laudanum według swojej własnej receptury, o ile Lucjuszowi wiadomo było z szafranem i smoczą krwią. Nieco ulepszona Tinctura Opii crocata. Lord Byron zawsze był niezdrowo zainteresowany demonologią, to mogło wpłynąć na jego… Zdrowie psychiczne.
Niezliczona ilość recept na laudanum była realizowana przez kobiety z czasów młodości jego matki, pamiętał to bardzo słabo, bo umarła zanim jeszcze Lucjusz dostał swój list z Hogwartu, ale wiedział, że każda modna czarownica chciała osiągnąć ten szczególny rodzaj bladości kojarzony z gruźlicą. Eteryczna słabość i bladość były swego czasu szczególnie pożądane przez młode damy. Kobiety! Ich przekonania w dziewięćdziesięciu dziewięciu procentach stanowiły dla Lucjusza prawdziwą zagadkę. Narcyza na przykład twierdziła, że zachowała młodość i urodę dzięki francuskim kremom z nielegalnie pozyskiwaną placentą. Idea była dla Lucjusza nie tylko odpychająca, ale i bardzo kosztowna. Druella Rosier paliła aż do śmierci, chowając nałóg przed mężem i uważając uparcie, że papierosy pomagają jej zachować figurę. Lucjusz był tego naocznym świadkiem podczas pamiętnego przyjęcia noworocznego w siedemdziesiątym siódmym. Jego teściowa zawsze była ekscentryczną kobietą, ale ta suknia zwyczajnie przekraczała granice dobrego smaku. Do tego był jeszcze ten biedny idiota Regulus, który nigdy nie umiał pić w umiarkowanych ilościach, a wisienkę na torcie stanowił Rudolfus Lestrange. O jego pilnie skrywanych skłonnościach do mężczyzn Lucjusz dowiedział się osobiście, chociaż szczerze wolałby pozostać w błogiej nieświadomości. Plan opiumowy był zatem solidny i opierał się na pozornie nieskomplikowanej operacji.
Wśród czarodziejskiej arystokracji proszone przyjęcia były modne może dziesięć lat temu. Odkąd do łask wróciły gorsety i rękawiczki, a madame Malkin zrewolucjonizowała ideę wyjściowych szat dla czarownic, najmodniejszym spędzeniem czasu w piątkowy wieczór były drinki w hotelu: niepowtarzalna okazja do przebywania w towarzystwie przez wielkie „t“ i pokazowego szastania galeonami. Oczywiście przedsięwzięcie wymagało nie byle jakiego hotelu, choć okoliczna dzielnica mogła nie wskazywać na specjalne luksusy.
Niedaleko Lewisham i centrum operacyjnego, w którym nieopatrznie zadekował się Severus Snape, znajdowała się nieczynna stacja kolejowa. Wybudowano ją w latach pięćdziesiątych i nigdy nie otworzono, do czego mieszkańcy okolicznych osiedli z czasem kompletnie przywykli. Stare, zamknięte na solidną kłódkę wejście, było od stóp do głów pokryte niezbyt efektownym graffiti, z lewego boku na blaszaną ścianę wiaty pchało się niezwykle zdeterminowane drzewo, gotowe przejąć z powrotem zabrany naturze teren. Nikt nie interesował się stacją zbyt mocno i nikt się nie dziwił, czemu czasem zapuszczają się w te rejony ludzie w dziwacznych pelerynach. W Londynie każdy ubierał się jak tylko miał ochotę i jeśli ktoś chciał prowadzić dziwaczny kult w nieczynnej stacji pociągów podmiejskich, to proszę uprzejmie. 
Mugole nie wiedzieli rzecz jasna, że po wypowiedzeniu odpowiedniego zaklęcia, wejście na stację zmieniało się w przejście na najbardziej burżujską dzielnicę magicznego Londynu. Przeciętniacy mogli robić zakupy na Pokątnej, ale najmodniejsze knajpy i najdroższe sklepy z szatami były właśnie tu, na Szumnej – prawdziwej Rue de Chic. Zgodnie z ustawą z 1881 o ochronie magicznych zabytków, cały wystrój ulicy musiał odpowiadać oryginalnym projektom. Kostka brukowa była równiutka i przyjazna cienkim trzewikom eleganckich czarownic. Niemal wszystkie kamienice malowano na biało albo budowano z jasnego kamienia. Ceny nieruchomości sięgały tu granicy absurdu, nie wspominając już o niebotycznym czynszu w lokalach użytkowych. 
Wzdłuż Szumnej stały zabytkowe, czarne latarnie gazowe. Były jednymi z pierwszych zainstalowanych w Londynie i wciąż zapalano je i gaszono tradycyjnie. Jeśli zaś jakiś zbłąkany czarodziej o grubym portfelu i wysokich wymaganiach chciałby się zatrzymać w mieście i nie mieć do czynienia z, a phi!, mugolskim Ritzem, na końcu, po prawej stał klejnot w koronie całej dzielnicy. Hotel Salinger: wiekowy, majestatyczny i centrum spotkań czarodziejskiej crème de la crème. Trzysta pięćdziesiąt galeonów za noc, eleganccy boye hotelowi w czarnej liberii i sztandarowy drink w menu: Klątwa Kasandry, nazwany po najsłynniejszej mieszkance hotelu, Cassandrze Peterson. Mademoiselle Peterson od lat wynajmowała w hotelu luksusowy apartament na przedostatnim piętrze. Czarodzieje zawsze byli zdumieni, że mugole nigdy się nie zorientowali o prawdziwej tożsamości demonicznej Elviry. Na Merlina, ile wskazówek jeszcze mogli potrzebować?
Założyciel hotelu, Augustus Salinger, był czarodziejem równie bogatym, co otyłym i skąpym. O jego wadze chodziły legendy, a niedostatecznie opłacana służba notorycznie podkradała rodowe srebra. Podobno też Augustus kazał sobie zbudować w domu windę, bo ze względu na swoją tuszę zwyczajnie nie miał siły chodzić po schodach. Po śmierci tego najsłynniejszego czarodziejskiego filantropa, służba domowa została masowo zwolniona przez jego córkę, po tym jak z radością podzielili się wszystkimi dziwactwami pana Salingera z „Prorokiem Codziennym“. Po kilku skandalach rodzinny biznes nieco podupadł, ale Marta Salinger, jedyna córka i jedyna spadkobierczyni Augustusa, była kobietą niezwykle zdeterminowaną. Wywodziła się ze starego rodu i starych pieniędzy i absolutnie nie miała w planach się z nimi rozstawać. Przejęła po ojcu interesy i prowadziła hotel żelazną ręką. Lucjusz Malfoy nie mógł się nadziwić swojej fatalnej pamięci. Jak mógł jej nie poznać od razu? Prawdopodobnie dlatego, że skrupulatnie wyparł hotel z pamięci po tym jak Narcyza od miesięcy wierciła mu dziurę w brzuchu, żeby w końcu wybrali się do Salingera z Nottami. O pomyłce i braku pokrewieństwa nie mogło być mowy, Marta wyglądała jak żeńska wersja pana Salingera i była równie doskonała w pomnażaniu majątku. Nie wspominając o tym, że co znamienitsi klienci hotelu mieli w nim zapewnione rozrywki, jak to się mówi, spoza menu. Oczywiście za dodatkową opłatą. Plan Marty Salinger istotnie był solidny, a przedsięwzięcie sięgało głębiej, niż Lucjusz mógłby przypuszczać.
Severus Snape miał natomiast zasięg i koszty operacji tak głęboko w poważaniu, jak było to fizycznie możliwe. Osobiście nie obchodziłoby go, gdyby panna Salinger faktycznie chciała przejąć stołek po Voldemorcie i zrównać Anglię z ziemią. Z pewnością miała ku temu warunki finansowe. Severus prawdopodobnie przyjąłby to z niemałą ulgą. Porzucił już całkowicie plany o wolności i czekał na koniec świata. Wiedźmy zorientowały się o jego umiejętnościach warzycielskich i teraz nie wyściubiał nosa znad kociołka, warząc laudanum. Wszystko dzięki Lucjuszowi, niech go zaraza weźmie. Niestety, Severus dosłownie wszystko musiał robić osobiście. Malfoy umywał ręce, a on nie ufał Moirze, nie mógł jej ufać. Jej pamięć była zawodna i równie dobrze przez pomyłkę mogła nadać jakąś cenną paczkę do Timbuktu zamiast do Salingera, dlatego musiał to robić sam. Pan Malfoy odmawiał noszenia czegokolwiek gdziekolwiek, a o osobistym doręczaniu do hotelu nie mogło być mowy, dlatego Snape, pod coraz to nowymi personami dzięki eliksirowi wielosokowemu, kursował dwa razy w tygodniu na Pokątną, gdzie znajdował się główny, i jedyny w Londynie, oddział sowiej poczty. Osobiście nie znosił Pokątnej, wszystkie te dzieciaki i nawet mgliste wspomnienia zakupów szkolnych wprowadzały go w stan absolutnego wścieku. Nie wspominając o tym, że zapach na poczcie był po prostu odpychający, tak jak pracujący tam czarodziej. Severus słuchał uprzejmie jego dywagacji za każdym razem, kiedy tracił przy okienku te pół godziny swojego życia, których już nigdy nie odzyska, a w głowie układał plan brutalnego mordu na co najmniej sześć sposobów z użyciem czterech różnych trucizn. Gdyby Severus Snape urodził się zwierzęciem, byłby prawdopodobnie tego rodzaju wytrzepanym, wychudzonym podwórkowym kotem, który atakuje ofiary z ukrycia i pozwala im się długo męczyć przed śmiercią tylko dlatego, żeby nadać życiu nieco kolorytu.
Na razie dość sporym urozmaiceniem jego egzystencji był fakt, że w ogóle przebywał z drugim człowiekiem. Wieczna izolacja odcisnęła na nim wybitnie silne piętno permanentnego zdziwaczenia, ale charłaczka też nie była taka znowu normalna. Jakoś się rozumieli. Przypuszczał, że chyba się go po prostu nie bała. Prawdopodobnie miała do czynienia z większymi szumowinami od niego, wystarczyło spojrzeć na te trzy, które trzymały ją pod butem i to dość brutalnie. Moira miała swoje lepsze i gorsze dni, czasem nie pamiętała jaki był dzień tygodnia, czasem znowu nie rozumiała, że magia istnieje, a czasem pytała kilka razy o to samo. Severus podejrzewał, że miało to związek z permanentnym uszkodzeniem pamięci, to grzebanie w jej głowie w końcu musiało się tak skończyć. Czasem nie pamiętała też nawet jego imienia. Cud, że wciąż jeszcze pamiętała jak sama się nazywa, chociaż nazwiska nigdy z niej nie wyciągnął. Granica między niewiedzą a tajemnicą była u niej bardzo nikła. Sam postanowił jej nie ruszać, nie dał się ponieść ciekawości. Wbrew swojej naturze było mu jej zwyczajnie szkoda. Ile razy patrzył na jej bliznę zastanawiał się, skąd się wzięła i coś mu mówiło, że nie znalazła się tam przypadkiem. W pewnym sensie on po prostu Moirę rozumiał.
Pomijając fakt fatalnej pamięci i zaglądania mu do kociołka, czego nie znosił, jedno w dziewczynie było pewnego rodzaju zaletą: nigdy nie gubiła się w czynnościach laboratoryjnych. Doglądała maków z wielką wprawą, a kiedy nie pracowała, siedziała z nosem w książce. Nie lubiła rozmawiać. Tylko przy produkcji była oazą skupienia, owszem – mamrotała do siebie, ale Snape nigdy nie zauważył, by chociaż jej zadrżała ręka przy odmierzaniu mikstury higroskopijnej, a ilość musiała być precyzyjna, bo inaczej całe opium było do wyrzucenia, nie dało się podgrzewać i trzeba było zaczynać od początku. Mugolska alchemia była oczywiście całkowicie prymitywna, ale nie tak znowu odległa od warzenia eliksirów, żeby nie miał rozeznania w temacie. Nie przeszkadzała mu praca z Moirą. No, nie była to do końca praca, jeśli wziąć pod uwagę, że prowadzili nielegalne laboratorium narkotykowe. Salazarze, nawet Czarny Pan nie wykorzystywał go do tak szalonych celów.
Trzy wiedźmy miały wobec nich wysoko rozwinięte poczucie własności. Nie robiły sobie nic z tak trywialnych spraw jak pora dnia czy pukanie. Wparowywały do Severusa jak do siebie, choćby zakładał nie wiadomo jakie zaklęcia na drzwi, nie wspominając o tym, że Moira nie miała prawa do żadnej prywatności. Właśnie nastał piątek wieczór, do tego wyjątkowo duszny. Podczas weekendu schodziło najwięcej towaru, więc rano Severus był na poczcie, ale przez tę pogodę wizyta na Pokątnej kompletnie go wykończyła. Temperatura wieczorem dochodziła nawet do trzydziestu stopni i Severus czuł jak spływa potem i nie ma siły ruszyć ręką, a co dopiero stać nad gorącym kociołkiem. Wyszedł na dwór na papierosa. Przewietrzyć się. Moira tymczasem zwinęła się na jego kanapie ale, był tego pewien, nie zostanie tam długo. Na pewno przeglądała narzędzia warzycielskie. Myślała, że o tym nie wiedział i owszem, zawsze odkładała wszystko na miejsce, ale Severus miał w kwestii swojego fachu swoje bardzo silnie rozwinięte dziwactwa i po prostu zawsze wiedział. I akurat dziś nie miał już siły protestować. Było zbyt duszno, pomimo otwartych okien i faktu, że słońce już dawno zaszło. Kiedy stał tak spokojnie i bezwiednie za budynkiem, w jego mieszkaniu aportowały się trzy wiedźmy, natychmiast tworząc wokół siebie aurę niepokoju i zdenerwowania. 
– Babciu? – Moira wychyliła się z kuchni.
Marta przeszła w dwóch krokach malutki salon i złapała Moirę za włosy, ciągnąc ją do salonu. Decima zapaliła papierosa i zamachała powoli zapałką. Dzięki Merlinowi za mentole, było zbyt gorąco.
– Gdzie jest wczorajszy utarg ze sklepu, ty cholerna nieudacznico! – krzyknęła, gdy Moira jęknęła głucho z bólu i próbowała się wyrwać.
– Nie wiem! Nie miałam do czynienia z kasą, wczoraj niczego nie sprzedałam!
– Nie wykręcaj się, bezużyteczna dziewucho! Jesteś złodziejką i oszustką, a wiesz jaka grozi za to kara. – Dźgnęła grubym paluchem jej wielką bliznę na szyi.
– Nie, proszę nie! – W oczach dziewczyny zalśniło najczystsze przerażenie.
– Marto… – Norma próbowała coś powiedzieć.
– Gdzie jest różdżka? – Marta wyciągnęła rękę, niewzruszona. Decima wcisnęła jej różdżkę z ciężkim westchnięciem. Salingerowie nie należeli do ludzi cierpliwych. Błysnęło zaklęcie, rozległ się przeraźliwy krzyk i łkanie. Moira zwinęła się na brudnym dywanie.
– Wystarczy. 
Wiedźma odwróciła się jak na komendę i zaraz uśmiechnęła paskudnie. W otwartych drzwiach stał Snape, z różdżką wyciągniętą przed siebie. Doszedł do niego swąd palonej skóry. Cokolwiek wiedźmy miały w planach, on nie miał zamiaru dać im kogoś torturować na środku swojego mieszkania. Stracił do takich rzeczy żołądek już bardzo dawno temu.
– Nie wtrącaj się, chłopcze. Dobrze ci radzę. – Marta podeszła do Severusa bardzo powoli. Deski starej podłogi zaskrzypiały pod nią jękliwie. On uśmiechnął się tylko z wyjątkową pogardą.
– Cokolwiek takiego zrobiła, możecie to załatwić na zewnątrz. 
Marta zaśmiała się głośno, a dźwięk jej śmiechu był przenikliwy i bardzo nieprzyjemny.
– Teraz jesteś nasz, chłopcze, nie zapominaj o tym. Twoje mieszkanie jest moje, a kiedy mówię „Skacz!“, ty masz tylko pytać jak wysoko, jasne?
Severus zmrużył oczy, a potem uśmiechnął się z pogardą. Już to gdzieś kiedyś słyszał, ale tym razem nie zamierzał tego znosić. Poza tym nie znosił, gdy ktoś mówił do niego „chłopcze“, tego zwyczajnie nie był w stanie tolerować.  Niespodziewanie machnął różdżką. Niewerbalne zaklęcie świsnęło tuż nad głową Marty, a ta skrzeknęła, zaskoczona.
– Następnym razem nie spudłuję – wycedził, podchodząc do niej jeszcze bliżej i górując nad nią wzrostem o dobre dwadzieścia centymetrów. Próbowała jeszcze rzucić jakąś klątwą, ale wyjątkowo od niechcenia. Snape odbił zaklęcie niezbyt skomplikowaną tarczą. Miał lepszy refleks i tym razem był przygotowany.
– Idziemy. – Zmierzyła go nienawistnym spojrzeniem, a on odsunął się wymownie z przejścia. – Ale nie myśl, że to koniec.
Decima zgasiła papierosa na ścianie, tuż przy jego twarzy, a potem zrobiła coś, czego kompletnie się nie spodziewał, ale z jakiegoś powodu wzbudziło w nim niemały niepokój: wyjęła szpilkę z ciasnego koka, po czym wbiła ją we framugę z zaskakującą siłą, patrząc mu prosto w oczy. Potem trzasnęły za nimi drzwi. Kiedy spojrzał w stronę salonu, Moiry nie było już na dywanie, za to zobaczył światło w łazience.
– Co to jest? 
Krzyknęła cicho, gdy Severus wszedł do łazienki i bez pardonu zabrał jej tubkę maści z ręki. Siedziała przy toalecie, twarz wciąż miała mokrą od łez, ale starała się nie dać nic po sobie poznać. Miała rozdarty na plecach sweter, z rany sączyła się krew.
– Wzięłaś te pieniądze? – zapytał spokojnie, oglądając maść.
– Nie twój interes – wymamrotała. Próbowała mu ją zabrać, ale siedziała na podłodze, a on po prostu uniósł rękę wyżej. Kompletnie ją ignorując, czytał. Faktycznie nie jego interes, ale jeśli to zrobiła, naprawdę była fatalną idiotką, przecież wszystkie ślady wskazywały na nią. Nie lubił kiedy ludzie wykazywali się brakiem wyobraźni.
– Snape, wyjdź. – Z jakiegoś powodu była zła, że był świadkiem tego, co się stało, ale nie miała siły się spierać. Potem zmrużyła oczy i zaśmiała się ze zrezygnowaniem. Nie wiedziała, czemu po prostu nie dał im jej zamęczyć na amen. Ten facet był po prostu stanowczo zbyt dziwny. Raz ją wyganiał, raz nie, teraz chyba ją uratował. Przetarła twarz resztką szarego, szorstkiego papieru toaletowego, który dyndał smętnie z rolki. Severus mrużył oczy i widziała wręcz po jego twarzy, jak analizuje w głowie składniki maści. Był permanentnie i nieodwracalnie skrzywiony, to pewne. 
– Czy ty… Czy ty czytasz skład? – zapytała, już trochę uspokojona.
– Nie.
Zanim zdążyła się zorientować, tubka maści wylądowała w toalecie. 
– Czemu! – krzyknęła i dopadła do muszli, jęcząc znowu i wyciągając rękę w jej stronę, jednocześnie prowadząc mentalną walkę pomiędzy racjonalnym stwierdzeniem, że to przecież tylko woda, a tym głęboko zakorzenionym „Fuj!“ i „Obrzydlistwo!“. 
– Bezużyteczne – skwitował tylko i wyszedł z łazienki. Nie zdążyła nic zrobić, bo zaraz potem usłyszała brzęczenie szkła, przewracanie gratów, a po chwili Snape wrócił i wcisnął jej do ręki szklaną fiolkę z fioletowym, połyskującym eliksirem. 
– Wypij – rozkazał burkliwie. – I wynoś się wreszcie.
Obejrzała fiolkę z nieufnością, jak gdyby to miała być bomba.
– Co to jest? 
– Pij!
– Nie.
– To nie. – Wyszedł, uznając, że zrobił dość. 
Próbował wyjąć szpilkę do włosów z framugi, ale ani drgnęła. Żadne zaklęcie też nie podziałało. Dziwne. Chwilę później Moira zgasiła światło w łazience i wyszła z niej chwiejnie. Zerknął na jej plecy, kiedy myślał, że nie patrzyła. Rana była całkowicie zagojona, ale blizna niestety zostanie. Marta Salinger była widocznie fanką czarnej magii.  Zerknął szybko na swoją lewą rękę. Niektórych rzeczy nie da się ot tak wymazać. Stał nadal przy drzwiach i świdrował kobietę przenikliwym spojrzeniem. Nie patrzyła mu w oczy. Miała wrażenie, że tym spojrzeniem jest w stanie prześwietlić jej myśli, a tej idei nie była w stanie znieść.
– Czemu je wzięłaś? – zapytał nagle i dał sobie spokój ze szpilką. Podszedł do niej bliżej, a ona, nic sobie nie robiąc z jego wcześniejszych rozkazów opuszczenia przez nią lokalu, usiadła ciężko na kanapie. Uniósł jedną brew, chcąc jej dać do zrozumienia, że ma raczej dość towarzystwa na dziś, ale patrzyła w okno i nie zamierzała zaszczycić go nawet spojrzeniem. Niewdzięczna paskuda, po tym jak uratował jej plecy! Prawie. Przelatująca za oknem ogromna sowa zahukała cicho, wyrywając Moirę z zamyślenia. Snape zgrzytnął zębami i usiadł obok, na razie rezygnując z wyrzucania jej. Podał jej paczkę papierosów, a ona wzięła jednego beznamiętnie i zapaliła, chociaż nigdy wcześniej nie widział, żeby to robiła. Ręce wciąż jej się nieco trzęsły. Odezwała się tak nagle, że nawet on był zaskoczony, gdy usłyszał jej głos:
– Będę uciekać – powiedziała. Cicho. Tak cicho, że zastanawiał się, czy mu się nie wydawało. – Póki jeszcze pamiętam. Będę uciekać. – Pokiwała głową i zaciągnęła się płytko, by po chwili zanieść się kaszlem. – Mocne – uznała słabo.
Zabrał jej papierosa, sam zaciągnął się głęboko i przeszedł wokół salonu w tę i z powrotem, myśląc nad tym co powiedziała. Głupia, głupia, po stokroć kretynka. Nie dało się od tego ot tak sobie uciec. Potrzebowałaby planu, potrzebowałaby… Pomocy. A on na pewno nie będzie właził w to bagno dalej, niż musiał. Potem wbił w nią ostre spojrzenie, pokręcił głową i wyrzucił niedopałek za okno. Był zirytowany, że przez nią w ogóle posiadał jakiekolwiek zalążki altruistycznych myśli, bo jedyną osobą, o którą musiał się troszczyć, był on sam. Zawsze tak było i nic tu się nie zmieni. Stanowczo wskazał jej drzwi, a ona tym razem usłuchała. Naprawdę, czasem trafiała go taka mała, natrętna myśl, że gdzieś przecież musiała przebiegać granica kompletnego poniżenia i był ciekaw, kiedy Moira do niej dotrze.

***

Biorąc pod uwagę wszystko co się stało poprzedniego wieczora, Moira miała zaskakująco głęboki sen. Została z niego niespodziewanie wyrwana w środku nocy i zastanawiała się przez chwilę, czy może przypadkiem wciąż nie śni. Z góry dobiegł ją jednak bardzo podejrzany hałas i w końcu ocknęła się na tyle, by stwierdzić, że jednak jej się nie wydawało. Bez namysłu złapała pierwszą rzecz jaką znalazła w zabałaganionym pokoju, czyli przypadkowy i bardzo zardzewiały młotek, po czym wybiegła z mieszkania i pobiegła na górę, sama nie wiedząc po co i dlaczego, ale zwyczajnie miała fatalne przeczucia. Drzwi były otwarte, w mieszkaniu Severusa panowała kompletna ciemność, ale z otwartego okna światło księżyca padało wprost na kanapę, na której Moira zobaczyła coś absolutnie przerażającego. Osobiście poczułaby się o wiele lepiej, gdyby jednak się okazało, że wciąż śni. Severus leżał nieprzytomnie, a na jego piersiach siedziała wysoka, siwa i naga mara, z nienaturalnie długimi nogami. Przez chwilę Moira myślała, że to kobieta, ale sam kształt stwora sugerował, że był raczej nie z tego świata. Lekka bryza dochodząca z otwartego okna rozwiewała włosy koszmarnego demona, a światło księżyca przenikało przez jego skórę, która była właściwie przezroczysta. Zmora przyciskała Severusa kolanami do materaca, a długim, szponiastym palcem nacinała skórę na jego szyi. Mrucząc głęboko, chłeptała krew z wyraźnym ukontentowaniem. 
– Severus! – Moira krzyknęła, bo tylko na tyle było ją stać. Przerażenie wbiło ją w podłogę, a on był wyraźnie bez świadomości. Nie znała się za bardzo na magicznych stworach, ale to raczej wyglądało jej na demona, do tego takiego, co nie opuszcza ofiar przy życiu. Przez chwilę miała ochotę uciekać, ale zrezygnowała, wycisnąwszy z siebie jakiekolwiek resztki sumienia. Uznała, że ma wobec Severusa dług. Mogła za tym dziwnym czarodziejem nie przepadać, ale raczej nie da go pożreć żywcem. Przynajmniej nie kilka godzin po tym jak uratował jej plecy przed kompletnym pokryciem ich w krwawych szramach przez jej własną babcię. 
Zmora zasyczała tymczasem groźnie i odwróciła się do niej błyskawicznie, kiedy tylko Moira wydała z siebie głos. Demon oblizał długim językiem usta, czerwone od krwi, ukazując rząd podwójnych, ostrych zębów. Kobieta krzyknęła cicho, kompletnie przerażona, ściskając młotek w spoconej ręce i wiedząc, że nic jej już teraz nie pomoże. Zwracanie na siebie uwagi było bardzo pochopne i bardzo głupie, bo nie wiedziała wcale co teraz ma robić. Była bezbronna. Zaczęła się wycofywać w stronę drzwi, a nocna mara wydała z siebie dziwny, klekoczący dźwięk i powoli zeszła z Severusa, teraz idąc w jej stronę. Snape zacharczał nieprzytomnie i jęknął cicho, rzucając się nieco w transie, a Moira poczuła jak jej plecy dotykają ściany. Była zagoniona w kozi róg. Rozglądając się w panice wokoło, zauważyła, że szpilka Decimy wciąż jest wbita we framugę, a zmora wpatruje się w nią intensywnie, z jakiegoś powodu zatrzymawszy się tam, gdzie przebiegała granica księżycowego światła. Chyba nie mogła iść dalej, co Moira przyjęła z niejaką ulgą, chociaż demon wciąż miał dostęp do Snape’a, który teraz leżał niemal bez życia. 
– Snape! Obudź się, do cholery! – krzyknęła, gdy zmora wciąż wydawała z siebie ten niepokojący, klekoczący dźwięk, wyciągając długie, szponiaste palce w jej stronę. W końcu odwróciła się i zaczęła sunąć z powrotem do kanapy. Na szczęście w tym momencie, odzyskawszy oddech, Severus obudził się z transu. W ostatniej chwili zwalił się niezgrabnie z kanapy na podłogę, znalazł leżącą obok różdżkę i ostatkiem sił posłał w stronę potwora swojego patronusa. Gigantyczny nietoperz zaatakował zmorę, gdy Snape charczał i machał na Moirę, pokazując w stronę szpilki. Nie mógł mówić, przyciskał rękę do krwawiącej szyi, ale kobieta w końcu załapała aluzję. Złapała pewniej za młotek, po czym zahaczyła nim o ozdobną główkę szpilki i zaparła się mocno. Po długiej chwili wysiłku, ozdoba do włosów wylądowała na podłodze z głośnym brzękiem. W tym momencie zmora zawyła i padła na ziemię. Zaczęła w panice sunąć w stronę okna, ale Severus był szybszy. Przyciskając dłoń do krwawiącej szyi, posłał w stronę szpilki mocne Reducto. Zmora syknęła i padła bez życia, a Moira podbiegła do Snape’a natychmiast, bezsensownie tamując krwotok rękami. Odepchnął ją zdecydowanie i ruszył chwiejnie w stronę kuchni, przetrząsając jedną ręką fiolki z eliksirami, drugą wciąż przyciskając do szyi. Jego patronus zniknął, gdy tymczasem na dywanie, na samym środku, leżała Decima, kompletnie naga i w swojej ludzkiej postaci. Moira zamknęła oczy, próbując zebrać myśli. Adrenalina powoli opuszczała jej organizm i czuła, jak zaczyna wpadać w panikę. Odważyła się na jeszcze jedno spojrzenie na zmorę. Czy też Decimę. To coś. 
– Co to było? – zapytała, nieco piskliwie.
– Zmora. – Wycharczał Snape obojętnie.
– Zmora?
Przeszukiwał swoje zapasy, aż w końcu znalazł odpowiednią fiolkę z niebieskim eliksirem.
– Nocny demon żywiący się krwią. Powinienem był się domyślić, to dlatego te trzy mogły wejść wszędzie. – Przewrócił oczami na pytające spojrzenie Moiry. Doprawdy, podstawowa znajomość mitologii nie była chyba czymś aż tak niezwykłym, nawet wśród mugoli. – Nie ma takiego zamka, którego zmora nie otworzy – wyjaśnił powoli, jak gdyby miała dwa lata. Albo była niedorozwinięta.
Moira zakryła dłonią usta, gdy Severus łykał w kuchni swoje specyfiki, charcząc głośno i próbując odzyskać głos. Wiedziała, że znała Decimę dość długo, nie wiedziała ile czasu, ale podejrzewała, że musiała to być większość życia, skoro była tak bliską koleżanką jej babci. Czy przez ten cały czas była… Tym? W końcu Severus zapalił światło, niemal przepalona żarówka zamigotała niemrawo pod sufitem.  Moira z niejaką zazdrością zauważyła, że jemu na szyi nie został nawet ślad po szponach zmory. Cholerny szczęściarz. 
– A ta szpilka? – Machnęła ręką w stronę drzwi wejściowych i osmolonego kawałka podłogi.
Severus podszedł powoli do Decimy i ukucnął przy jej nagim ciele. Przez nadmiar nikotyny jej pot przybrał kolor obrzydliwej żółci. Włosy rozsypały się w nieładzie wokół głowy, a szpony zniknęły, w ich miejscu były chude, powykręcane artretyzmem palce o połamanych, brunatnych paznokciach. 
– Zmory mogą przyjmować różną postać. Sowy. Igły. Szpilki do koka. W ten sposób mogą się teleportować – powiedział spokojnie, unosząc jedną powiekę Decimy i oglądając jej gałkę oczną. 
– Jeśli myślisz o poćwiartowaniu jej i użyciu do eliksirów, to błagam zrób to kiedy wyjdę. – Moira nie rozumiała jakim cudem Severus mógł być tak obojętny. Ona sama wciąż czuła, jak serce wali jej w piersi jak gdyby miało z niej wyskoczyć. Snape uśmiechnął się krzywo i pokręcił głową z wyższością.
– Demony są właściwie bezużyteczne w eliksirach. Oprócz zębów jadowych, ale na to już za późno.
Moira zmrużyła oczy, podniosła się z kolan i kopnęła zmorę lekko w plecy, a kiedy ta się nie poruszyła, zajrzała jej do ust. Zęby były zepsute i żółte, ale w pojedynczym, regularnym rzędzie. Ani śladu po wcześniejszych szpiczastych kłach. Moira odetchnęła nieco głębiej i spojrzała Severusowi stanowczo w oczy. Odpowiedział jej poważnym spojrzeniem i wstał. Zapalił papierosa i wrócił do kuchni. Jedyne, z czym mieli teraz do czynienia, było bardzo ludzkim i nad wyraz martwym ciałem na środku jego prywatnego, teraz jeszcze bardziej uwalanego, dywanu.




2 komentarze:

  1. O ile bardzo lubię władcze wiedźmy w Twoim wykonaniu, to tym trzem życzę rychłej śmierci. Żeby tak napadać na Severusa, no! Kto by pomyślał! Ale przynajmniej love story się rozkręca <3
    A tak w ogóle to strasznie oklepany, ale niezmiernie przeze mnie uwielbiany motyw mugolskich używek w magicznym świecie. Niewiele osób potrafi go dobrze poprowadzić, jednak Tobie wychodzi on wręcz cudownie.
    Pozdrawiam i Wena
    [w-cieniu-pozogi.blogspot.com]

    OdpowiedzUsuń
  2. Genialny rozdział ❤👍 Czekam na następny ☺

    OdpowiedzUsuń