Ogłoszenie



Po wielu pertraktacjach z własnym sumieniem – powracam. Jeszcze bardziej zdeterminowana, by przywrócić do życia nie tylko wszystkich Śmierciojadów, ale, o zgrozo!, nadać im imiona, dorzucić niezależne osobowości i zdrową dawkę logicznego myślenia.

Nie wszyscy Ślizgoni to gumochłony intelektualne, tak jak nie wszyscy Gryfoni są do bólu czarno-biali.

Dobrze wiecie, czego się po mnie spodziewać i dobrze wiecie, że nigdy nie znikam na długo ;) Marzenia o własnych projektach zniknęły tak szybko, jak tylko Snape znów zastukał do moich drzwi i zarządził uzupełnienie kolejnego rozdziału swojej burzliwej historii. Pełna uwielbienia oczywiście się zgodziłam, ale nie byłabym Ślizgonką, gdybym nie dorzuciła też czegoś od siebie. Przygotujcie się na akcję, nowe postaci, krytyczne zmiany w historii, aurorskie pościgi, pojedynki, mroczne czasy, deptanie kanonu i całkowicie zbijające z tropu zwroty akcji.

Przesadzam?

Po tym jak wrzuciłam Severusa w otchłań czasoprzestrzeni śmiem twierdzić, że chyba nic bardziej kosmicznego nie wymyślę.

Przynajmniej na razie.

xoxo
Oleńska

środa, 12 sierpnia 2015

VI

Rozdział szósty
Tysiąc wschodów słońca

Cokeworth było tego rodzaju miejscem, w którym noga Malfoya, ani też żadna inna jego część, zwyczajnie nie powinna postać. Nawet przypadkiem. Niemniej jednak,  zdarzały się też czasem pewne okoliczności łagodzące. 
Narcyzie w końcu udało się zaciągnąć Lucjusza do Salingera, co wprawiło go na początku w lekką panikę, choć całkiem niesłusznie. Promowanie pomysłu wiedźm swoją skromną osobą wśród czystokrwistych elit okazało się nie być specjalnie trudne, ani pracochłonne – elity nie wymagały namawiania do ekskluzywnych rozrywek, więc Lucjusz nie musiał się też zbytnio w tym kierunku wysilać. W końcu trochę tego pożałował, bo być może byłoby to jakimś urozmaiceniem.
Malfoyowie siedzieli na uprzejmym piątkowym spotkaniu z państwem Nott, sącząc drinki i spędzając wieczór jak na eleganckich czarodziejów przystało: zanudzając się wzajemnie na śmierć. Lucjusz czuł, że zaraz odgryzie sobie własną głowę. Był znużony. Wręcz do imentu. Dobrze, Czarny Pan był przerażający. Był wariatem. Czarodziejskiemu światu groziła z jego ręki zagłada, ale na Merlina! Czy to była od tej pory jedyna alternatywa dla jego weekendów?!
Niekończące się, boleśnie kurtuazyjne opowieści Notta o życiu biurowym w Ministerstwie Magii wprawiały Lucjusza w stan tak kompletnego zblazowania, że kontemplował poważnie rzucenie się w kierunku okna, upozorowanie własnej śmierci w akompaniamencie majestatycznych kłębów dymu, albo coś równie drastycznego. Kiedy on i jego przyjaciele zaczęli udawać, że wcale nie spotykali się tak co wieczór w czarnych szatach śmierciożerców i maskach? To było jeszcze całkiem niedawno, chyba coś Lucjuszowi w międzyczasie umknęło. Kiwał głową, śmiał się w odpowiednich momentach anegdotek i zataczał powolne kółka swoim kieliszkiem koniaku, ale kiedy podszedł do niego kelner i dyskretnie zakomunikował, że w recepcji czeka na niego pilna wiadomość, Malfoy senior nie mógłby być szczęśliwszy. Przeprosił swoje towarzystwo i starał się nie odejść zbyt żywiołowo w kierunku hotelowego lobby. Wreszcie! Choć, ku jego zaskoczeniu, wiadomość była więcej niż zwięzła. Zawierała tylko jedno słowo: Cokeworth. Malfoy natychmiast poznał to pismo i uznał, że skoro Snape przezwyciężył swoją niechęć do sów, to coś interesującego faktycznie musiało go do tego zmusić. Teleportował się natychmiast.
Teraz przemierzał uliczki sennego miasta i naprawdę zastanawiało go, co też takiego Snape teraz wymyślił i dlaczego wymyślał to akurat tutaj, a raczej: czego tu, do jasnej cholery, mógł szukać? Pomimo dusznej, sierpniowej pogody, wokół Cokeworth jak zwykle wisiała ciężka, lepka i nieprzenikniona mgła. Ogromny komin nieużywanej fabryki górował nad domami z brudnego kamienia, strasząc wyglądem niczym jakieś ponure fatum. Wszędzie panował stęchły odór śmieci i czegoś technicznego, czego nie dało się do końca zidentyfikować. Niemal wszyscy mieszkańcy spali i jedynym dźwiękiem towarzyszącym Lucjuszowi w jego nocnym spacerze był leniwy plusk rzeki dochodzący z oddali. Już myślał, że teleportował się w niewłaściwym miejscu, ale kiedy doszedł do pokrytego śmieciami brzegu, do jego uszu doszedł bardzo znajomy głos:
– Do cholery ciężkiej! Albo wbijasz łopatę, albo mi ją oddaj!
Malfoy zaśmiał się cicho pod nosem i natychmiast ruszył w tamtą stronę. Jego oczom ukazał się Severus Snape, który stał po pas w wielkiej dziurze, pieczołowicie wbijając gwoździe w martwe, wychudzone ciało jakiegoś trupa, podczas gdy ta beznadziejna charłaczka, trzęsąc się ze zdenerwowania, wyglądała czy przypadkiem w ich stronę nie nadchodzi jakiś zabłąkany nocny marek lub w ogóle ktoś, kto mógłby generalnie uznać, że ich nocne zajęcie jest więcej niż mocno podejrzane. Na szczęście w takim miejscu jak to nic takiego im nie groziło. W Cokeworth już od dawna nic nie mogło nikogo zaskoczyć.
– Snape, ty absolutny świrze! 
Moira zakryła twarz rękami, kiedy tylko zobaczyła Lucjusza na krawędzi dołu. Nigdy się nie przyzwyczai. Nie pamiętała kiedy, nie wiedziała czemu, ale biały królik przerażał ją za każdym razem, gdy się pojawiał. Dlaczego nikt inny się nie dziwił, że ogromny gryzoń z laską o głowie węża zamiast gałki, stoi na dwóch łapach i przemawia ludzkim głosem?!
– Kiedy mówiłem, że chcę się wyrwać z nudnego przyjęcia nie miałem na myśli pozbywania się ciała w środku nocy. Chociaż muszę ci to przyznać, nigdy nie zawodzisz, Severusie. – Lucjusz odłożył laskę i rozejrzał z uprzejmym zainteresowaniem. – Cokeworth, Snape? Czy to nie lekka przesada? Robimy się z wiekiem dramatyczni, czyż nie?
Severus oderwał się na chwilę od trupa, wyrwał Moirze łopatę i rzucił ją Lucjuszowi, który złapał ją zręcznie, ale spojrzał na nią raczej jak gdyby była ciekawym zjawiskiem, a nie codziennym przedmiotem użytkowym. 
– I co mam z tym niby zrobić?
– Weź to. – „I uderz się w łeb“, dodał Severus w myślach. – Złaź i dokończ ten dół, bo ona nie może jej nawet wbić w ziemię. – Wskazał brodą na Moirę, która więcej niż chętnie wygrzebała się niezgrabnie na powierzchnię i otrzepywała spodnie z ziemi, starając się ignorować wielkiego królika. Malfoy pokręcił głową z teatralną dezaprobatą, chociaż nie mógł powstrzymać krzywego uśmieszku. Oczy mu aż błyszczały i wydawał się nieco mniej niezadowolony z życia niż zwykle.
– Co tym razem zmalowałeś, mon ami très fou? – Lucjusz oparł się całym swoim ciężarem na łopacie i świdrował zwłoki analitycznym spojrzeniem. Czy to przypadkiem nie była jedna z tych paskud? Och, Snape. Ty makabryczny skurwielu… Wiedział, że Severus prędzej czy później mu się przyda, ale nie przypuszczał, że tak szybko.
– Zmora – wyjaśnił Severus beznamiętnie, po czym uklęknął przy ciele i wrócił do bezczeszczenia zwłok.
– Zmora? – Lucjusz zmarszczył brwi, a potem zgrabnie wskoczył do dziury. Kopnął martwą kobietę czubkiem buta i odwrócił jej twarz w swoją stronę. – No proszę. To dlatego mogły wszędzie…?
– Tak – uciął sucho Snape, nie mając czasu na czczą powtórkę z mitologii. – A teraz nie gadaj, tylko kop. Nie mamy całej nocy, zaraz będzie świtać.
– Zupełnie jak za starych, śmierciożerczych czasów, co? – Malfoy z jakiegoś powodu wydawał się wręcz podejrzanie entuzjastyczny.
– Nie. – Severus był zdumiony, że całe przedsięwzięcie nie wymagało więcej przekonywania.
– Nie mów, że nie tęsknisz. – Lucjusz wbił mocno łopatę w wysuszoną upałem ziemię, szybko pogłębiając dziurę.
– Jesteś chory na głowę.
Moi? Oszczerstwa i pomówienia! – Wyrzucił ziemię na powierzchnię z takim impetem, że niemal trafił Moirę w twarz. – Chociaż może będziesz tak łaskaw mi wyjaśnić, czemu właściwie kopiemy, a nie możemy tego załatwić jednym zaklęciem?
Severus wydał z siebie kilka komentarzy, których Lucjusz nie dosłyszał, ale był pewien, że były jakąś formą zniecierpliwionej modlitwy do bogów od spraw beznadziejnych, by zesłali na niego w wielkiej uprzejmości siłę do powstrzymania się od popełnienia na Lucjuszu straszliwego mordu.
– Ponieważ! – Malfoy oparł się o łopatę i bardzo zadowolony z siebie obserwował jak Snape stara się być spokojny. – Strzygi i zmory chowa się twarzą w dół w niepoświęconej ziemi, wbija gwoździe albo kołki w ciało i kopie się dół.
– Kopie się dół?
– Tak! – wycedził przez zaciśnięte zęby, nie wiedząc, że daje się prowokować. – Magia jest wykrywalna. Magia zostawia ślad, ktoś mógłby przypadkiem władować się na trop tej tu uroczej madame, a tego byśmy chyba, do ciężkiej cholery, nie chcieli, nieprawdaż? – wyjaśnił Severus swoim specjalnym, zimnym, nieprzejednanym tonem, który sugerował rozmówcy zakwestionowanie słuszności swojej dalszej egzystencji na ziemskim padole.
Lucjusz zachichotał tylko, zadowolony, że udało mu się wyprowadzić go z równowagi. Uwielbiał, kiedy Snape się wściekał, z jakiegoś powodu bardzo go to bawiło. Kopał dalej, w ogóle zapominając o najświętszej zasadzie kodeksu Malfoyów o niebrudzeniu sobie obuwia. Moira zajrzała do nich podejrzliwie, po krótkiej chwili milczenia z ich strony, prawdopodobnie podejrzewając, że już się nawzajem pozabijali.
– Długo jeszcze? – zapytała nerwowo, rozglądając się potem dookoła i przestępując z nogi na nogę.
– Przestań się głupio pytać! Chcesz, to zejdź tu i kop sama. – Snape był wyraźnie nie w humorze, nie można się było specjalnie dziwić. Właśnie został zaatakowany przez zmorę. Do tego jedyną osobą, u której mógł aktualnie szukać pomocy, był nie kto inny jak jego były kolega z Wewnętrznego Kręgu, Lucjusz Malfoy – uniewinniony śmierciożerca i członek Rady Nadzorczej Szkoły Magii i Czarodziejstwa Hogwart. Uroczo. Czy jego życie mogłoby być większą katastrofą? Raczej wątpił, choć może gdyby Voldemort wrócił do władzy, to kto wie. Severus nie chciał nawet dopuszczać do siebie myśli, albo w ogóle rozważać faktu, że jakby tego było mało, to gdyby nie ta tutaj irytująca charłaczka, byłby również bardzo, ale to bardzo martwy. Nieodwracalnie wręcz zabity na śmierć przez najniższej klasy demona.
– Przypuszczam, że potem zmodyfikujemy jej pamięć, n'est-ce pas? – zapytał Lucjusz konspiracyjnie, wskazując ogólnie w kierunku Moiry.
– Nie! – warknął Severus, dużo ostrzej niż zamierzał. Brwi Lucjusza podjechały niemal aż do linii włosów. – To znaczy… Nie. Wykluczone. Nie. – Ułożył ciało Decimy twarzą do ziemi i otrzepał ręce o swoje szaty, które już dawno przestały reprezentować sobą cokolwiek.
– Zrozumiałem cię za pierwszym razem. – Lucjusz uśmiechnął się znowu pod nosem i pokręcił głową. Severus Snape nigdy nie zawodził w kwestii urozmaicania wieczoru.
– Niezwykłe – wycedził. – Kop dalej!
– Obawiam się, że starczy – chyba, że masz kogoś do odwiedzenia w Chinach?
– Bardzo śmieszne.
– Robię co mogę. – Lucjusz wrzucił szpadel na górę i podciągnął się na rękach, zgrabnie wygrzebując się z dziury. Snape wyczołgał się za nim, z o wiele mniejszą gracją. Wziął łopatę i zaczął żywiołowo zakopywać prowizoryczny grób, podczas gdy Lucjusz patrzył na Moirę z bardzo niepokojącym uśmieszkiem. Kobieta specjalnie odwracała od niego wzrok. Spośród wszystkich rzeczy jakie działy się z jej głową, ten cholerny biały królik był chyba najdziwniejszy. 
– Nawet nie próbuj! – Uniosła rękę, gdy Malfoy próbował coś powiedzieć. – Możesz sobie być wielkim, białym królikiem, ale jeśli zaczniesz gadać, to obawiam się, że stracę resztki zdrowego rozsądku. Więc ani słowa!
Lucjusz nie mógł tego dostrzec, ale na wąskie usta mistrza eliksirów wpełzł pełen satysfakcji uśmieszek. Być może granica kompletnego poniżenia została przekroczona przez Moirę już wczoraj, tylko on tego po prostu nie zauważył. Był prawie dumny. Wyczuwał w tym niejako swój wpływ. W końcu zasypał dziurę i oparł się o łopatę, czując jak pot spływa mu po kręgosłupie. Było nieznośnie gorąco, do tego niedługo będzie świtać.
– Chciałabyś… Chcesz coś powiedzieć? Kilka słów? – zapytał nagle Moirę, wciąż stojąc do niej tyłem i machnąwszy ręką w kierunku grobu. Zaskoczona, pokręciła przecząco głową.
– Nie – powiedziała, zaskakująco dobitnie. Wcisnęła ręce w kieszenie podartego, rudego swetra i znowu pokręciła głową. – Po prostu… Chodźmy do domu?
Tymczasem Lucjusz podniósł swoją laskę z ziemi i przyciągnął dziewczynę do siebie stanowczym gestem.
– Mam lepszy pomysł, chérie.

***

Albus Dumbledore przystanął chwilę przed wyjściem King’s Head Tavern i zerknął na swój złoty zegarek kieszonkowy. Małe planety obracały się leniwie wokół tarczy, sugerując, że na razie nie miał dokąd się spieszyć. Równie dobrze mógł się nieco przespacerować. Trochę świeżego powietrza dobrze mu zrobi. Ruszył zatem w stronę ruchliwej Upper Street, odwiedzając znajome miejsca i wspominając przyjaciół, którzy kiedyś mieszkali w okolicy. Merlin jeden wiedział, że obecnie miał więcej przyjaciół na cmentarzach niż w swoim bezpośrednim sąsiedztwie.
Dyrektor był na tyle zamyślony, że prawie nie zauważał mijających go mugoli. Sztuka, na którą został dziś zaproszony, należała do tego rodzaju przedstawień, które zmuszają do przemyśleń jeszcze długo po opadnięciu kurtyny. Albus Dumbledore szedł powoli przed siebie, aż doszedł do stacji metra Angel i nogi same zaniosły go nieco dalej w lewo, do cichych i pogrążonych w swoich własnych sprawach domów. Grimmauld Place. Przystanął przed numerem dwanaście, a raczej tam, gdzie numer dwunasty mógłby się znajdować, gdyby tylko zechciał teraz włożyć w to trochę wysiłku. Nie było po co. Jedyne, co pozostało z Kwatery Głównej, to wspomnienia i garstka ocalałych, którzy starali się ułożyć sobie życie od nowa. Ostatni żyjący Black przebywał w Azkabanie i pewnie zostanie tam do końca swoich dni. Zaskakująca to rzecz, pomyślał Albus. Geny. Wbrew wszelkim zapewnieniom i wszelkim przysięgom Syriusz w końcu poszedł za tymi, za którymi zarzekał się, że nigdy nie pójdzie. Wszyscy straceni, a przecież wcale nie musiało tak być. 
Albus Dumbledore był idealistą i miał głęboką nadzieję, że ktoś gdzieś na górze popełnił fatalny błąd. Gdyby istniał na to choć cień szansy, z radością porzuciłby dla niej ponurą rzeczywistość. Podszedł bliżej domu pod numerem trzynaście i przesunął dłonią po ciemnej cegle. Pod drzwiami stały puste butelki po mleku, na wycieraczce spał kot, który nie raczył się nawet odsunąć przed dostojnym czarodziejem. Dumbledore schylił się i pogłaskał zwierzątko za uszami, które skwitowało to zadowolonym pomrukiem. 
Czy wszyscy jesteśmy z góry skazani na to, kim się staniemy? Dumbledore miał nadzieję, że nie. Doskonale pamiętał tego zagubionego, czarnowłosego chłopca, który był tak nieśmiały i tak pełen nienawiści do całego świata, tak zajęty sobą i obsesyjnie z nosem w szkicowniku. Ten chłopiec nie miał nic wspólnego z maniakiem, przed którym jeszcze niedawno drżała czarodziejska Anglia. Mały Tom Riddle uwielbiał wschody słońca. Miał na ich punkcie bzika. Czarno-białe szkice, nieskończona ilość kolorowych obrazków akwarelą. Były ich tysiące, a dyrektor czasem się zastanawiał, czy Tom nie starał się mu przez nie czegoś przekazać, choć pewnie to raczej jego pobożne życzenia. Tajemny przekaz o głęboko skrywanej iskierce dobra, być może? Chciał w to wierzyć, dlatego jeden z tych rysunków wciąż spoczywał w jego gabinecie, w gablotce z książkami. Jako przypomnienie, że nikt nie jest stracony na zawsze. 
Jako najpotężniejszy czarodziej współczesności, Albus Dumbledore dobrze wiedział, że nie istnieje magia wskrzeszenia, ale wiedział, że czasem udaje się przywrócić kogoś do życia. Jeśli tylko w odpowiednim momencie wyciągnie się do niego rękę.

***

Severus od zawsze uważał, że Ulica Śmiertelnego Nokturnu była wprost genialnym zabiegiem architektonicznym. Postawić cokolwiek, jakąkolwiek budowlę czy wymysł szalonego inżyniera obok Nokturnu i nagle nie wydawało się tak fatalne. Coś jak brzydka i obowiązkowo tęga koleżanka, z którą ta ładna i zarozumiała lubi się pokazywać na przyjęciach, żeby dobrze wypadać w porównaniu. Orientował się w topografii podłej dzielnicy lepiej niż świetnie, chociaż przebywanie tu przed świtem z niezbyt przekonaną do tego wszystkiego charłaczką i Lucjuszem Malfoyem mogło nie być jego najinteligentniejszym pomysłem w dziejach. Lucjusz się jednak uparł. Zwiał z grzecznego spotkania, zakopał z nim ciało i był zdeterminowany, żeby przeżywać od nowa dawne czasy. Przynajmniej zdjął z dziewczyny to idiotyczne zaklęcie kamuflujące i przestała widzieć w nim wielkiego królika. Naprawdę, co to w ogóle za pomysł! Kompletnie poważnie, Severus nie sądził, żeby potrzebowała mieć jeszcze więcej powodów do powątpiewania w swój zdrowy rozsądek.
– Nie burcz tam pod nosem, to była tylko taka niewinna gra. – Lucjusz go szturchnął, a Severus naciągnął kaptur wyświechtanej szaty głębiej na głowę. Malfoy w ogóle nie czuł się zobowiązany do ukrywania kim jest, bo i po co? Nigdy w swoim życiu nie miał takiej potrzeby. – Ona się przecież nie gniewa, prawda?
Moira wcisnęła ręce w kieszenie swetra tak głęboko, że prawie je podarła. Severus się zastanawiał, jakim cudem może jej nie być za gorąco. On osobiście topił się od upału, co nie zmieniało faktu, że nie zamierzał rezygnować ze swojej firmowej czerni. Moira marszczyła nerwowo nos i nie patrzyła nikomu w oczy. Nie podobało jej się tu, ani trochę. Z pewnością też nie miała dobrych przeczuć co do tego blond czarodzieja, który teraz wymachiwał laską w geście pana wszechświata i uśmiechał się też w taki sam sposób.
Przynajmniej wiedziała, że nie jest szalona. Zdjął zaklęcie i teraz pamiętała coraz więcej. Mgliście. Pamiętała jego twarz, „Alicję w Krainie Czarów“, machnięcie różdżką i wielką białą plamę, która z czasem przybrała kształt królika. Ale nie była wariatką. Odzyskiwała władzę nad własną głową, dlatego teraz, gdy wstąpił w nią nowy duch, powoli coraz mniej się bała – a potem Lucjusz wprowadził ich do wyjątkowo podłej meliny, do której wchodziło się po kamiennych schodach, niczym do starej piwnicy szalonego mordercy. Moira spodziewała się trupów i nie pomyliła się za bardzo. Klientela wątpliwego sortu, obecna o tej porze w takim miejscu, wyglądała na tylko częściowo żywą – z naciskiem na częściowo. Pijusy w obdartych ubraniach, nieprzytomnie oparty o ścianę mężczyzna z fajką i ktoś siedzący w kącie, kto odmawiał odsunięcia kaptura z twarzy –  sądząc po wątpliwej reputacji tego miejsca, być może tak było najlepiej dla wszystkich.
Lucjusz Malfoy, niewzruszony niczym, podszedł do baru i zamówił butelkę Ognistej. Severus stanowczo pociągnął Moirę do stolika w najdalszym, najciemniejszym kącie. Kiedy przechodzili obok czarodzieja z fajką, do nosa charłaczki dobiegł znajomy zapach; słodki, prawie cynamonowy. Szybko spojrzała na Snape’a, który usiadł tyłem do baru. Odwzajemnił spojrzenie i prawie się uśmiechnął, ale tylko prawie. Opium. Najwyraźniej towarzyszyło im wszędzie, gdziekolwiek się nie ruszyli. Lucjusz wsunął się po chwili na miejsce obok kobiety i podsunął jej butelkę.
– Więc twoja ciotka była zmorą – zaczął.
– To nie była moja ciotka. – Moira upiła łyk alkoholu, po czym kaszlnęła, co wzbudziło w Lucjuszu niezdrową wręcz dawkę wesołości.
– Która jest twoją ciotką?
– Norma.
– Prowadzi sklep?
– Tak.
Severus burknął coś, złapał butelkę i pociągnął solidny łyk. Przyssał się do niej na jakiś czas, podczas gdy Lucjusz świdrował Moirę przenikliwym, chłodnym spojrzeniem.
– I kim niby jesteś, chérie?
Zdumiona, zamilkła.
– Nie wiem – odparła zgodnie z prawdą.
Kąciki ust Lucjusza powędrowały w górę.
– A kto z nas wie? – oznajmił filozoficznie. – Pozwól, że ci coś powiem: to wszystko teatr! To. Wszystko, co widzisz. – Ogarnął pomieszczenie ręką. Severus przewrócił oczami, a butelka została mu przez Malfoya dość energicznie wyrwana. Zaczyna się! Mistrz eliksirów warknął i sprawdził językiem, czy wciąż miał wszystkie zęby, a Lucjusz wyraźnie wpadał w jeden ze swoich nastrojów. – Spójrz na to z tej strony: czym różni się ta dziura od dziury ze sceną w jakimś obskurnym budyneczku w Nowym Jorku? Albo w Londynie? W Paryżu? W Wenecji!
Moira spojrzała kontrolnie na Severusa, mrużąc pytająco oczy, ale ten pokręcił tylko głową i zapalił papierosa. Nie było sensu mu przerywać.
– Słuchaj, dziecko, i ucz się – kontynuował Lucjusz. – Chcesz wiedzieć czym jest życie czarodziejskich elit? Teatrem. W przeciwieństwie do twojego jest prawdziwym pchlim cyrkiem. I operą. Kabaretem i baletem, teatrem jednego aktora, udawaniem i sztuczką magiczną. To wszystko bez sensu. – Pociągnął solidnie z butelki. – Gdzie tylko znajdziesz magię, tam znajdziesz udawanie, nawet jeśli magia jest najprawdziwszą rzeczą jaką znam. Każdy ci to powie. A jeśli czarodziej dostanie publiczność, tam urządza teatr i zabawę o władzę.
Severus miał wrażenie, że Lucjusz mówi o sprawach, o których czystokrwiści umówili się dokładnie rok temu, że puszczą je w niepamięć. Spojrzał na swoją lewą rękę i prychnął. Jakie to wygodne. Być bogatym i móc wieść podwójne życie z nudów, podczas gdy on niemal przypłacił życiem poinformowanie Dumbledore’a o ataku na dom Potterów i zrobił to tylko dlatego, że w końcu poczuł, że tak po prostu trzeba.
– Ibsen, dziecko. Ibsen – ciągnął Malfoy, a oczy Moiry robiły się coraz większe. – To wszystko jest pełne tajemnic rodzinnych i nieczystych zagrywek! – Lucjusz zamachał butelką, niemal rozlewając alkohol po stole, a w tym wszystkim nie tracił ani trochę wdzięku, czego Snape nie mógł mu wybaczyć. On sam kiedy był pijany był po prostu pijany. – Nie rozumiesz ich wszystkich, na pewno nie. Jak mogłabyś je wszystkie zrozumieć, nie podobają ci się nawet i czemu miałyby się podobać? Ale teatr, ten teatr, jest dla wszystkich, dla ciebie również, oczywiście nie na wyłączność. I nie wymaga twojej aprobaty ani dezaprobaty, to nikogo nie obchodzi! To może nie być twój teatr i nie twoje lalki, ale jest to czyjś teatr, czyjś na pewno, gdzieś. – Głos Lucjusza odpłynął na chwilę i Severus postanowił odebrać mu zdecydowanie butelkę. 
Moira przejęła ją jednak, wypiła więcej Ognistej niż była na to przygotowana i pokiwała gorliwie głową. Alkohol trochę ją zamroczył, ale była przyzwyczajona do zamroczenia. Całe jej życie było transem alkoholowym, krążeniem w ciemności i bez przytomności. Siedziała tu z dwoma obcymi i bardzo złymi ludźmi, wśród innych bardzo obcych i bardzo złych ludzi i czuła… Czuła coś na kształt gruntu pod nogami. To było bardzo nowe. 
– Weź na przykład tę tam. – Lucjusz wskazał na dziewczynę przy barze, która właśnie sprzedawała komuś drinka, chociaż właściwie nie powinna, bo delikwent ledwo trzymał się na nogach. Dziewczyna była młoda, była stanowczo za młoda i za gładka, by przebywać w takim miejscu jak to. – Jak myślisz, ile ma lat?
Moira wzruszyła ramionami, nie zauważając jak Severus prycha niczym zdenerwowany smok, do tego kurząc wokół siebie wyjątkowo paskudnym papierosem.
– Szesnaście?
– Ha! – Lucjusz uśmiechnął się zimno. – Raczej z sześćset szesnaście. Lola jest wampirzycą.
Lola. Wampirzyca Lola. Moira westchnęła zawiedziona. Według jej najlepszej wiedzy z książek fantasy i strzępków informacji o magicznym świecie, które babcia pozwoliła jej zachować, wampiry winny mieć dużo bardziej poetyckie i mroczne imiona niż… Lola. 
– Wszyscy się nabierają. Teatr – uznał Malfoy z wyższością i wypił to, co pozostało na dnie butelki.
Severus, mając raczej skomplikowane relacje z używkami, milczał uparcie. Zbliżał się świt i czuł ponaglającą potrzebę podjęcia bardzo odważnej decyzji, której bardzo nie chciał podejmować. Patrzył na Moirę i myślał. Nie poradzi sobie, jeśli jej nie pomoże. Nie w tej sytuacji. Zabiją ją, to pewne, ale czy był gotowy wziąć za to odpowiedzialność? Czy może wstać i po prostu wyjść?
Lucjusz dosłownie nie był gotowy na nic. Niemal wytoczył się z pubu, na szczęście Severus był jego starym znajomym i wiedział jak go podtrzymać. Moira została nieco z tyłu i kiedy nie patrzyli, podeszła do baru. Severus odwrócił się i chciał ją zawołać, ale zamilkł, kiedy zobaczył jak dziewczyna mówi coś do wampirzycy, a potem tuli ją do siebie jak gdyby były dawno zaginionymi siostrami. Nigdy nie widział, żeby ktoś przytulał kogoś z taką dozą czułości i poczuł dziwne ukłucie żalu, którego wcale nie chciał czuć.
– Widziałeś kiedyś coś takiego? – wymamrotał Lucjusz. – Czasem się zastanawiam-…
– Widzę, że tryskasz dziś życiowymi… Sentencjami? – Głos Snape’a ociekał sarkazmem. Naprawdę, dać niepijącemu trochę whisky i się nie zamknie do rana! Lucjusz skrupulatnie zignorował jego uwagę i gadał dalej:
– Zastanawiam się, milcz – warknął, robiąc pauzę na efekt. – Severusie?
Severus wydał z siebie bliżej nieokreślony bulgot irytacji i nie słuchał.
Moira dogoniła ich powoli, nieco bardziej pogodna – a właściwie najbardziej wesoła jaką Severus do tej pory ją widział, chociaż w głębi ducha czuł się, jakby właśnie dał dziecku alkohol. Potknęła się po drodze i obiła sobie kolano o kamienny stopień schodów. Salazarze, ile ona mogła mieć lat? Bo naprawdę była jak dziecko, które wymaga opieki dorosłego i to w trybie pilnym, a on nie znosił dzieci. Severus zauważył rozcięcie i krew na upapranych ziemią spodniach. Kiedy nie patrzyła, rzucił szybkie zaklęcie uzdrawiające. Czy mógł ją ot tak odstawić do jej dawnego życia, udawać, że nic się nie zmieniło i dalej uciekać sam?
Kobieta-dziecko, mamrocząc coś pod nosem, przylgnęła do jego ramienia, co Severus skwitował miną pełną paniki i zdegustowania, a Lucjusz wybuchnął perlistym śmiechem. Nie, nie mógł. Cholerny świat, nie był potworem, choć tak byłoby wygodniej dla wszystkich, ale jeśli odstawi ją do mieszkania i zatrzaśnie drzwi, Moira zginie, a on na sumieniu i tak miał już zbyt dużo. Zaczynało go to powoli doganiać. 
Nad krzywymi dachami Nokturnu właśnie wstawało słońce. Severus od bardzo dawna już podejmował jedną decyzję, która przecież powinna być bardzo prosta do podjęcia. To była chyba jedna z tych słusznych.


1 komentarz:

  1. Zapraszam serdecznie na 'Spis Fanfiction z Idolami'
    http://spisffzidolami.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń